Agencja Reuters donosi, że węgierski Kościół Katolicki zwrócił się do tamtejszego rządu z prośbą o wyłączenie duchownych z zakazu prowadzenia pojazdów mechanicznych po spożyciu alkoholu. Nowe węgierskie prawo o ruchu drogowym surowo karze kierowców z choćby minimalnym stężeniem alkoholu we krwi. Hierarchowie węgierskiego kościoła argumentują, że picie mszalnego wina jest częścią ich obowiązków służbowych i że zakaz ten uniemożliwi udzielanie posługi duchowej tym księżom, którzy odprawiają msze w wielu miejscowościach tego samego dnia.
Zabieranie prawa jazdy kierowcom z choćby minimalnym stężeniem alkoholu we krwi uważam za szkodliwy przykład prewencyjnego działania prawa. Trudno udowodnić negatywny wpływ alkoholu na zdolności psychomotoryczne osoby, która wypiła łyk wina. Zakaz wprowadzany na Węgrzech traktuję jako nadgorliwe dążenie Państwa do wychowywania swoich obywateli.
Problem węgierskich księży ma więc podwójne dno. Oto socjaldemokratyczny rząd wkracza w obszar moralności, próbując karać za samą potencjalność popełnienia czynu społecznie nagannego. Karze za samą pokusę, karci za spojrzenie na zakazane jabłko, za ślinę apetytu na ustach. Ofiarami tej państwowej, socjalistycznej nadgorliwości okazują się duchowni - ci, do których tradycyjnie należało ostrzeganie przed pokusą grzechu.



Komentarze
Pokaż komentarze