Niepokoi mnie od pewnego czasu następujące zjawisko: erozja dawnych struktur podziemia solidarnościowego. Ludzie, którzy w latach osiemdziesiątych byli w czynnej opozycji, niejednokrotnie internowani, okładani pałami po nerach, brani na przesłuchania, itp., teraz bez skrupułów wstępują choćby i w szeregi Samoobrony, w jednym tylko celu: odebrania w końcu należnej zapłaty za noclegi na styropianie. Mówiąc wprost: dla udziału we władzy, z profitami z tego wynikającymi. Tak jakby za czas spędzony na strajkach naliczało się wciąż odsetki.
Czemu tak się dzieje? Ci zwolennicy lustracji i oczyszczenia państwa, piętnujący "zgniłe postawy moralne" (jak choćby pisarzy i publicystów sprzed 1989 r., którzy coś tam podpisali lub mieli kontakty z SB, zwykle bez próby ustalenia na ile rzeczywiście komuś szkodzili), sami kompromitują się współpracą z tak "antykomunistyczną" partią, jak Samoobrona. Czy Tymochowicz i jego najlepszy uczeń, Andrzej Lepper, są aż tak atrakcyjni dla wykształconych samorządowców? Czy to są te nowe autorytety moralne? Czy takie są "nowe" standardy polskiej polityki? Czasy są inne, ale czy dylematy nie pozostają w zasadzie te same?
Można przecież skorzystać z list LPR, PiS, PO, a jednak część dawnych opozycjonistów woli Samoobronę, a może nawet, kto wie, SLD? Czy to wynik łatwiejszej drogi na listy wyborcze? Doprawdy, trudno powiedzieć, czemu tak się dzieje. Natomiast argument, że to i tak wszystko jedno, bo wszystkie partie reprezentują w gruncie rzeczy to samo, jakoś do mnie nie przemawia. Ciekaw jestem opinii Salonowiczów na temat tego (nowego?) zjawiska w polskiej polityce...


Komentarze
Pokaż komentarze (14)