Każdy z nas ma sytuacje o których wstydzi się mówić, bo powodują u niego wątpliwości moralnej. Pewnego razu, na szkoleniu w jednym miast Polski, trafiłem do nieciekawego towarzystwa. Przynajmniej tak mi się zdawało początkowo. Potem zrozumiałem że po prostu to przekrój pewnej grupy ludzkiej, a mianowicie młodzieży aspirującej. Okazali się w większości wulgarnymi, pozbawionymi jakiegokolwiek wychowania. To było doświadczenie nowe, bo poprzednie spotkania z ludzkim chamstwem były związane z grupą którą można by określić klasą robotniczą, oraz inną grupą - powiedzmy lumpami.
Teraz było trochę inaczej. Ludzie z korporacji, zdecydowani na maksymalizację swoich zysków kosztem innych, mówiąc wprost - na krzywdzie innych. Jedynym człowiekiem którego można było w miarę znieść w tej grupie był mój współlokator z hotelowego pokoju. W naturalny sposób byliśmy przez dwa tygodnie szkolenia na siebie skazani. Okazał się człowiekiem z wybitną wiedzą, niestety z ponurym epizodem w więzieniu i problemami z alkoholem. Te problemy były ważne, o czym potem. Podczas dwóch tygodni pijaństwa i spotkań towarzyskich, oraz - zupełnie bzdurnych szkoleń nawet go polubiłem. Może i on polubił mnie, ale tego nie wiem. Razem z pewną kobietą wychowywali dziecko. Widziałem że chce uporządkować swoje życie, bo parę razy spisywał na karteczkach różnego typu listy co powinien zrobić. Podczas pijaństwa - nie było nocy by nie zasnął pijany - często brało go na jakieś filozoficzne rozmyślania. Starałem się dotrzymać mu kroku, ale było to trudne, nie jestem raczej mocnego zdrowia i zawsze na drugi dzień cierpiałem, podczas gdy dla niego był to stan naturalny. Według tego co sam potem powiedział, pił od pół roku, dzień za dniem. To naprawdę dużo. Szczególnie że wydaje mi się że lubił mieszać gorzałę z wszelkiego typu lekami. Chorował na parę schorzeń, nie spamiętałem tego niestety.
Najbardziej męczy moje sumienie scena, w której bardzo już rozbawione towarzystwo podpuszczało naszego kolegę o to aby "pokazał nam jak się pije". Ten głupi, choć poczciwy człowiek, z zadowoleniem rzucił się na alkohol. My nie byliśmy lepsi, bo przecież nikt z nas nie powiedział aby przestał. Wróciłem po jakimś czasie do pokoju, niosąc nawalonego kolegę. Oczywiście przez ludzi na imprezę zostałem obrzucony wyzwiskami, jako dezerter. Cóż, bardzo się na to zdenerwowałem, ale nie chciałem wszczynać awantur, bo nigdy nie wiesz czy nie pijesz z dziećmi z jakiś resortowych klanów, a przez taką awanturę można by trafić w niezbyt przyjazne miejsce pełne zboczeńców i innych przestępców. Na marginesie potem, przypadkiem dowiedziałem się że rzeczywiście był tam co najmniej jeden dzieciak z ubecko-sędziowskiej rodzinki.
Całe szkolenie było czymś pomiędzy seansem kołczingu a szamańskim rytuałem. Kazano nam na przykład robić pajacyki, krzyczeć, układać rebusy i grać w kalambury. Pewnie Krzysztof Karoń uznałby to za działanie szkoły frankfurckiej i krytyki analnej na edukację kadry pracowniczej wielkich firm. Możliwe, jednak zostawię to jemu.
Po jakimś czasie, gdy znów wysłano nas na szkolenie, dowiedziałem się że ten kolega zmarł z powodu swojego stylu życia. To była ponura informacja, która napełniła mnie gniewem na niesprawiedliwość tego świata. Ten gość rzeczywiście chciał wyjść na prostą, był inteligentny, troskliwy i porządny. Teraz siedzę i mimo upływu sporej ilości czasu od tego wydarzenia myślę dalej dlaczego tak się stało. No i dlaczego nie spotkało kogoś kto bardziej na to zasłużył. Oczywiście osierocił córkę, no i pozostawił swoją dziewczynę.
Pamiętajcie moi drodzy, strzeżcie się korporacyjnych szczurów, dzieci ubeckich klanów, no i nie ufajcie że kolega z pokoju Was uratuje.




Komentarze
Pokaż komentarze (9)