Outsider Outsider
157
BLOG

Biedni milionerzy

Outsider Outsider Polityka Obserwuj notkę 15

Dawno, kilkanaście lat temu, ale już po roku 89, zostałem zaproszony na międzynarodową konferencję naukową, która odbywała się na terenie Stoczni Gdańskiej.

A właściwie to dyrektor mi tam kazał jechać mówiąc:

- Wiesz pan panie kolego, pan zdaje się coś tam rozumie w tym angielskim języku a ta konferencja to niestety ma być w tym języku, tak jakby, cholera, nie mogli gadać po polsku na tej naszej polskiej ziemi...

- No a ja, to rozumie pan, całe życie to tylko ruskiego się uczyłem, a i tak, cholera, gówno zapamiętałem.

No więc pojechałem na tę konferencję, chociaż ja angielskiego to uczyłem się przeważnie z tekstów piosenek jak „Hotel California" Eaglesów , utworów The Beatles czy ballad Scota Mc Kenzie z moim ulubionym San Francisco.

No może nie do końca tak z tym angielskim, bo pamiętam, że rodzice mnie zapisali na angielski chyba w czwartej klasie podstawówki, a tego angielskiego uczył polonista, który zainkasował po 50 zł od łebka, nauczył nas liczyć do dziesięciu a po kilku miesiącach oświadczył, że nie widzi żadnych szans, aby takim tumanom, znaczy nam, wbić do głowy chociaż podstawy tego szlachetnego języka.

I Konferencja się zaczęła.

Przyjechało na nią wielu zagranicznych i krajowych gości z różnych uczelni i instytutów, przeważnie związanych z transportem morskim oraz przedstawiciele firm kooperujących w budowie statków.

Dodam, że konferencję zaszczycił swoją osobą ówczesny wojewoda gdański, człowiek o zawsze posępnym i zatroskanym obliczu.

Nie będę tu zanudzał opowieściami o treści samej konferencji, bo to mogłoby zainteresować wyłącznie fachowców z branży a i Ci przeważnie mają zwyczaj zasypiać przy takim truciu.

Skupię się natomiast na fragmencie rozrywkowo - konsumpcyjnym, jako bardziej nasyconym humanizmem i przyjemniejszym w odbiorze.

Otóż oprawa rozrywkowo konsumpcyjna tej konferencji była na najwyższym poziomie, o który zadbał goszczący gości luksusowy hotel w Gdańsku.

Już pierwszy powitalny raut, a dodam, że byłem wtedy na czymś takim pierwszy raz w życiu, wprowadził moją osobę w stan osłupienia.

Czułem się tak, jak zapewne czuł się Nikodem Dyzma, gdy pierwszy raz ujrzał, jak się bawią możni tego świata.

W wielkim hollu hotelu witali gości kelnerzy przemykający dyskretnie z tacami pełnymi kieliszków napełnionych musującym białym winem, które podawano zapewne w takim samym celu jak żołnierzom wódkę na froncie, czyli dla odwagi.

Dzięki mądrościom wyniesionym przez przodków z wojen, po wypiciu pierwszego kielicha, moja odwaga wzrosła do tego stopnia, że odważyłem się uśmiechnąć do sympatycznej samotnej pani, która natychmiast wykorzystała ten mój samobójczy gest i zagadnęła do mnie po angielsku, że to bardzo miłe przyjęcie. Tak to przynajmniej zrozumiałem.

Zgodziłem się bez wahania, że miłe i po następnym kielichu mój angielski okazał się naprawdę znakomity. A ta miła, wykształcona Angielka, pani doktor od morskiego planktonu mówiła bardzo wyraźnie, dość wolno i sporo z tego udało mi się zrozumieć.

Tak od słowa do słowa dowiedziałem się, że Pani Margaret Thatcher bardzo im, to znaczy angielskim naukowcom, poobcinała budżet, w związku z czym ten Jej plankton rozwija się już bez żadnego nadzoru.

Pod koniec rozmowy byliśmy już bratnimi duszami  a żegnałem się z Nią słowami pięknej i lirycznej ballady Adios Amigos niezapomnianego Jima Reevesa...

No a potem nastąpiło oficjalne powitanie, po którym wszyscy przeszli do dużej sali z tzw. szwedzkim stołem, uginającym się od przysmaków godnych uczt Lukullusa. Wszystko rozstawione w miłe dla oka kompozycje, z bukietami kwiatów i paterami owoców południowych. Na przepastnych półmiskach mięsiwa wszelakie na zimno,oblane delikatną galaretką, aby nie wysychały.

Na błyszczących tackach małe kieliszki dobrze zmrożonej wódeczki. A sosy, a sałatki wielobarwne, a pikle, a śledziki strojne, papryczki ostre i słodkie. No i uśmiechnięci kelnerzy przemykający jak dobre elfy ze swoimi bateriami flaszek napełnionych czystym eliksirem odwagi.

Konferencja trwała trzy dni, przy czym w każdym dniu po sesji przedpołudniowych wykładów odbywała się część rozrywkowa. W drugim dniu zwiedzaliśmy piękny ratusz gdański, gdzie powitał nas wspomniany wyżej wojewoda o zawsze posępnym i zatroskanym obliczu.

W trzecim, ostatnim dniu konferencji, moje oczy ujrzały słynną salę BHP, w której podpisywano pamiętne porozumienia sierpniowe. Przy ścianach tej dużej sali stały piękne modele statków a na środku ujrzałem gigantycznych rozmiarów stół uginający się od smakołyków i trunków.

Zwiedzaliśmy też w tym dniu nowy statek do przewozu owoców tropikalnych, wyposażony w ładownie z regulowaną atmosferą.

I jak wracaliśmy z tego statku, to musieliśmy przejść przez część produkcyjną stoczni, gdzie spotkaliśmy robotników w szarych kufajkach i ciężkich podkutych butach ze stalowymi noskami.

 

Patrzyli na nas spode łba...

Pomyślałem sobie, że może widzieli przez okno sali BHP ten przepysznie zastawiony stół, czekający na biesiadników...

 

W tej samej sali, gdzie podpisano porozumienia sierpniowe...

 

 

Wieczorem część gości została specjalnie zaproszona do hotelu Grand w Sopocie przez jakiegoś dostojnika z Lloyda. A że akurat byłem tam jakimś specjalistą od czegoś, więc też tam pojechałem.

I w tym hotelu to dopiero poznałem wielki świat.

A koktajle, a wystawna kolacja z kilku przystawek i dań, a dobre alkohole i tańce.

Siedzący naprzeciwko dyrektor o mętnym wzroku gada do mnie per profesorku drogi, nadziejo ludzkości, bo mu się wszystko całkiem pomyliło.

- My tutaj budujemy, powiada, a te ruskie, taka ich mać, to nam przysyłają statki do remontu i my im, znaczy tym ruskim, te remonty robimy prawie od nowa, bo one, znaczy się te statki, nie ruskie, do remontu przychodzą całkiem wyszabrowane, i my je, cholera, prawie od nowa składamy.

Zrobiło się już późno, wódka mi już wyparowała z głowy i ogarnęła mnie melancholia i zaduma. Przypomniałem sobie, jak wczoraj zapytałem organizatora konferencji, niby żartem, czy ta stocznia nie zbankrutuje, jak urządza takie wystawne uczty.

Na to ten młody i wesoły chłopak wzruszył ramionami i oświadczył:

- Wie pan, my tu takie imprezy to mamy co chwilę, bo ciągle przyjeżdża jakaś delegacja, a to od armatorów, a to od firm kooperujących...

Ciekawe, pomyślałem, ja już byłem na kilku zagranicznych wyjazdach podobnej rangi jak ta nasza konferencja i wszędzie było całkiem skromnie. I to były też przeważnie trzydniowe konferencje, ale częstowali nas tylko skromnym obiadem a na koniec konferencji odbywała się kolacja gdzieś w restauracji, ale bez takiego przepychu jak u nas, w Polsce.

No i późno się w końcu zrobiło i odprowadziwszy do taksówki moją znajomą panią doktor od planktonu, zostałem sam przed hotelem i postanowiłem czekać na następną taksówkę do Gdańska.

Patrzyłem na rozgwieżdżone niebo i oddychałem świeżą morską bryzą, bo tuż za hotelem szumiały fale zatoki Gdańskiej.

I gdy tak stałem niewidoczny, trochę w cieniu, właśnie wychodziło z hotelu dwóch Szwedów i Walijczyk, których poznałem w czasie wykładów. Stanęli niedaleko mnie, ale nie mogli mnie widzieć. Zapalili po papierosie i zaczęli mówić po angielsku o swoich wrażeniach. Ze strzępów rozmowy wyłuskiwałem pojedyncze słowa, które zaczęły układać się w zdania.

Zrozumiałem w końcu, o kim oni mówią.

Mówili o nas, Polakach.

Dziwili się.

Najbardziej utkwiły mi w pamięci dwa słowa powtarzane kilka razy:

 

- Poor millionaires (biedni milionerzy).

 

Od tamtej pory minęło już kilkanaście lat, a mnie te słowa nie dają spokoju.

Bo wiem, że taki bogaty świat, te rauty i darmowe wyżerki obecnych elit są dla nich czymś tak naturalnym jak dla prostych ludzi kromka chleba ze smalcem.

I im, tym elitom, spodobał się taki styl życia. I będą go bronić jak niepodległości.

I przypominam sobie też hasła prostych ludzi, którzy w czasie sierpniowych strajków chcieli naprawdę tak niewiele.

Chcieli tylko trochę wolności i chleba.

Chcieli tylko niezależnych, samorządnych związków zawodowych...

 

 

Outsider
O mnie Outsider

Rocznik 1949, żonaty, dzieci, wnuki. Szanuję mądrych i cichych, unikam napastliwych, nie wierzę politykom. ===================================================== Dziennikarz ma prawo zbliżać się do polityka tylko na taką odległość, żeby go nie spuścić z muszki

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (15)

Inne tematy w dziale Polityka