Obudził mnie dzisiaj rano przeraźliwy koci wrzask. Spojrzałem na zegar odbiornika satelitarnego automatycznie synchronizowany z zegarem atomowym.
A co, w końcu mamy ten XXI wiek !
Była dokładnie 4:36.
Szukam zaspanymi ślepiami, gdzie jest mój kot. Jest na swoim miejscu, czyli na najwygodniejszym miejscu mojego łóżka. Jak zwykle, udaje spryciarz, że śpi i spod przymrużonych powiek obserwuje, czy przypadkiem nie wstaję, aby dać mu śniadanie. Wie, że mu się należy, sam go przecież tak nauczyłem. Ja, jego Pan.
- Czy Państwo pochodzi od Pan?, zastanawiam się ziewając...
Ale znowu słyszę kocie wrzaski za oknem. Wyglądam i widzę czarnego kota na drzewie, gdzieś na wysokości drugiego piętra, jak kurczowo obłapia chropawy pień brzozy.

Na dole, pod drzewem, widzę drugiego, szaroburego, który najwidoczniej przepędził swojego czarnego rywala na drzewo.
Widzę, jak Czarny wdrapuje się jeszcze jakiś metr wyżej i usadawia się trochę wygodniej, znajdując oparcie dla łap na dwóch gałęziach.
Zastanawiam się jak on zejdzie z tego drzewa, bo pod nim jest ze 7 metrów pnia bez żadnych gałęzi.
- E tam, myślę, jak wlazł to i zejdzie.
Zająłem się swoimi sprawami, dałem mojemu kotu jeść i zabrałem się do pracy.
Ale od czasu do czasu zerkam, jak tam się ma ten czarny nieszczęśnik na tej brzozie.
Najwyraźniej czuje się nieszczególnie, spogląda smutnym wzrokiem w dół, gdzie już nie widać tego szaroburego agresora. Co chwilę zmienia pozycję, przytulając się chudym ciałem do pnia brzozy. To zwykłe piwniczne kocisko, stworzenie, które musi samo walczyć o swój byt.
Ma całkiem inną sytuację niż mój ulubiony kot, który 12 lat temu, przez mój egoizm i z mojej woli utracił wolność na rzecz michy i dachu nad głową i nikt go nie pytał o zgodę.

Jest 8:30. To już czwarta godzina Czarnego na drzewie
Zaczynam się zastanawiać jak by tu biedakowi pomóc.
Sprawdzam telefony, bo przypomniałem sobie, że wczesną wiosną chodziła ekipa ,chyba z mojej spółdzielni, która przycinała gałęzie i krzewy a nawet poobcinała czubki niektórych, zbyt wysokich drzew. A co będą rosły za wysoko...
Tak, oni powinni mieć jakieś słupołazy i sprzęt.
Ale Spółdzielnia zaczyna urzędowanie dopiero od 9:00.
Jest 9:05, dzwonię do Ekipy Remontowej Spółdzielni.
Krótko przedstawiam sytuację i słyszę odpowiedź, żebym zadzwonił do Straży Pożarnej, bo te drzewa przycinała wynajęta ekipa i takie tam...
Wyglądam przez okno. Czarny najwyraźniej traci siły, jest piękna pogoda i słońce nagrzewa niemiłosiernie jego czarne futro.
Jest 9:25 To już piąta godzina Czarnego na drzewie...
Dzwonię do Straży Pożarnej, ale nie na 998, bo ze Skype-out się nie da. Szukam więc zwykłego, długiego numeru. Odzywa się dyżurny strażak,
- Rozumiem, kot na drzewie ,
- Poczekaj pan, może sam zejdzie,
- Jak nie zejdzie do wieczora, to przyjedziemy
- No tak, mówię, ale to kocisko traci siły i słońce zaczyna przypiekać...
- Tak jak mówiłem, zadzwoń pan wieczorem, jak nie zejdzie sam - słyszę zniecierpliwiony głos.
Patrzę przez okno, kocisko zwisa na gałęzi bezwładnie jak czarna, aksamitna szmatka...

Jest 10:05
Mam pomysł, dzwonię do Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i proszę o pomoc, tłumacząc, że oni, jako organizacja społeczna będą łaskawiej wysłuchani przez strażaka. Uprzejmy męski głos prosi o nr telefonu oraz moje imię i nazwisko.
- Ale nie możemy panu nic obiecać, mówi miły głos
Wyglądam przez okno, Czarny zmienił pozycję, słońce grzeje niemiłosiernie, będzie miał ciężko, jeśli będzie tak gorąco jak wczoraj, ponad 30 stopni w cieniu.
Nachodzą mnie wątpliwości. Jeśli przyjadą, to kota ściągną z tego drzewa, ale pewnie zabiorą go do schroniska, wykastrują i kot straci nie tylko wolność...
- Jasna cholera, zrobiłem Czarnemu niedźwiedzią przysługę, myślę.
Wyglądam znowu i widzę, że Czarny, jakby usłyszał moje myśli, zaczyna rozpaczliwą próbę zejścia.
Ustawił się w pozycji, jakby chciał wejść jeszcze wyżej, potem powoli zaczął próbować pień pazurami i nagle, jakby jakiś odwieczny instynkt mu podpowiedział, zaczął schodzić tyłem. Po troszeczku, ale w dół.
I kiedy był na wysokości, tak na oko, 3 metrów, odpadł od pnia i lecąc przez moment plecami w dół, wykonał słynny koci obrót jakiś metr nad ziemią i wylądował na trawie na chwiejnych, ale wszystkich czterech łapach.
I tyle go widziałem.
Odetchnąłem z ulgą.
Była godzina 10:30, kiedy powtórnie zadzwoniłem, aby odwołać alarm...
Skończyło się sześć długich godzin Czarnego na drzewie, który samodzielnie, siłami natury uratował swoją wolność a może i męskość...
A ja?
A my, Polacy?
Czy potrafimy sami i o własnych siłach zejść z tego cholernego drzewa?
Czy pozwolimy się wykastrować?


Komentarze
Pokaż komentarze (6)