22 obserwujących
350 notek
185k odsłon
  156   0

Znowu wzbogaciliśmy się

Andrzej Owsiński

Znowu wzbogaciliśmy się

GUS, jako najwybitniejszy specjalista od dobrych wieści, poinformował nas, że średnia płaca w Polsce wzrosła ostatnio do prawie 6 tys. zł/mies. (brutto). Wprawdzie z dalszych wyjaśnień wynika, że dotyczy to 6 mln osób zatrudnionych w gospodarce, czyli nieco ponad jedną trzecią wszystkich pracujących. Co zatem z pozostałymi?

Na to pytanie nie udzielono nam odpowiedzi, ale myślę że niewiele straciliśmy przez to. I tak dla każdego najważniejszy jest dochód osobisty, szczególnie po doświadczeniach PRL, gdzie karmiono nas dobrobytem z “dochodu społecznego”, a nie indywidualnego. W stosunku zaś do owego “wzrostu” płac to, mając na względzie przynajmniej siedmioprocentową inflację, okaże się, że nie tylko nic nie zyskaliśmy, lecz wręcz straciliśmy na tej podwyżce.

Dla zobrazowania naszego rzeczywistego poziomu dochodów lepiej przyjrzyjmy się osobistym dochodom Polaków. Z poddanych badaniom w tym przedmiocie 42 krajów europejskich Polska uplasowała się na 28 miejscu osiągając 45% średniej. Oznacza to, że mamy nieco poniżej 2 tys. zł/mies. na osobę. Są to pieniądze, którymi możemy dysponować, mimo ciągle istniejącej wątpliwości nawet w stosunku do tak niskiej kwoty, gdyż wg tegoż GUSu nasze wydatki wynoszą co nieco powyżej 1 200 zł/mies. na osobę. Z tego rachunku wynika, że oszczędzamy miesięcznie blisko 700 zł na osobę, a globalnie ponad 25 mld – co czyni 300 mld w skali rocznej.

Tymczasem przyrost policzonych różnorakich lokat wynosi około 120 mld. zł. 180 mld rocznie w “slarpetkach” to chyba nieco za dużo. Najwyraźniej ten rachunek trzeba zrewidować, najprostszą metodą jest podniesienie wydatków, ale one są łatwiejsze do policzenia niż dochody, nie tylko ze względu na obciążenie podatkowe, lecz też i zakupy targowiskowe, czy bezpośrednie od właściciela, bez zgłaszania do opodatkowania transakcji. Ludzie zajmujący się statystyką wiedzą, że jest to w istocie niewielki margines całości obrotów handlowych.

Nie ma specjalnie zresztą o co się spierać, gdyż przy najbardziej optymistycznym podejściu i tak poziom naszego ubóstwa wychodzi na jaw. Nasze dochody osobiste kształtują się w rankingu znacznie poniżej poziomu zwaloryzowanego PKB, przeliczonego per capita, który osiągnął ponad 70% średniej unijnej, podczas gdy dochód osobisty niecałe 50%. Te relacje powinny wskazywać na stabilizację siły nabywczej złotówki, a nawet – deflację, którą przez pewien czas przeżywaliśmy. Tymczasem od roku napotykamy na relatywnie wysoką inflację, zbliżającą się niebezpiecznie do dwucyfrowej.

Jakie może być źródło tej inflacji? Oczywiście jest nią nadmiar pieniędzy na rynku w stosunku do podaży towarów i usług. Skąd te pieniądze się wzięły? Niechętni rządowi mają odpowiedź w postaci polityki “rozdawnictwa”, prowadzonej przez rząd, szczególnie różnego rodzaju dotacji nie związanych z wynagrodzeniem za pożyteczną pracę, a przede wszystkim wysokie podwyżki dla aparatu państwowego. Rzeczywiście, polityka “rozdawania ryby zamiast wędki”, stosowana nagminnie przez rozwinięte kraje, musi prowadzić do inflacji. Rozporządzają one jednak znacznymi rezerwami, wynikającymi ze stanu zagospodarowania, Polska odstaje w tym względzie daleko i nie może sobie pozwolić sobie na taki “luksus”. Zresztą nie jest on nam potrzebny, trzeba tylko posiadane środki nie zużywać na kupowanie sobie elektoratu, ale na intensywny rozwój wytwórczości, niszczonej przez dziesięciolecia.

Pomoc powinna być udzielana w przypadkach niemożliwości znalezienia innych źródeł dochodu i relatywnie redukowana w miarę wzrostu dochodu narodowego.

Z podanych rozmiarów dochodów osobistych Polaków nie wynika wniosek o gwałtownym przyroście dyspozycyjnych pieniędzy mogących wywołać inflację. W skali roku jest to zaledwie nieco ponad 100 zł., a więc poniżej wzrostu PKB notowanego mimo niesprzyjających warunków pandemii. Znamienna natomiast jest informacja, wynikająca z raportu NBP o wycofaniu w ciągu ostatnich 11 miesięcy 84 mld zł z lokat długoterminowych. Uderzyły one przede wszystkim w rynek mieszkaniowy, jako zastępcza lokata w stosunku do nieopłacalnych lokat bankowych. Przy ubóstwie podaży na tym rynku musiało to wywołać lawinowy wzrost cen mieszkań. Jest to operacja czysto spekulacyjna, a nie wynikająca z ciągle niepokrytych potrzeb mieszkaniowych.

NBP dopiero po roku zorientował się w sytuacji i zareagował podwyżką stóp referencyjnych, powodujących wzrost oprocentowania lokat. Operacja spóźniona i nieadekwatna do poziomu inflacji.

W obecnej sytuacji lepiej nie chwalić się podwyżkami, a raczej poświęcić więcej uwagi stosunkom rynkowym, a szczególnie ruchowi cen. Przykładem może służyć cena benzyny przekraczająca 6 zł/l. Przypomnijmy sobie, że przy cenie ropy dochodzącej do 140 dolarów za baryłkę, cena rynkowa była niewiele ponad 4 zł/l.

Lubię to! Skomentuj8 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale