0 obserwujących
170 notek
165k odsłon
  141   0

Gotowi? Do startu? Stop!

Zmiany nastrojów społecznych uwidoczniane w sondażach oraz postulat PiSu dotyczący powołania rządu technicznego powodują na prawicy umiarkowany optymizm. Jeżeli dodamy do tego minimalną przewagę koalicji w Sejmie (234 do 226) i podziały w Platformie Obywatelskiej, to wszystko prowadzi nas do postawienia fundamentalnego pytania: Czy przedterminowe wybory są potrzebne?
 
Tak
 
I w pierwszej chwili wydaje się, że tak. Wszak rząd Donalda Tuska jest jednym z najgorszych rządów III RP. Jego polityka gospodarcza nawiązuje do „najlepszych” czasów Edwarda Gierka. Przypomnijmy, że gdy premier Jarosław Kaczyński oddawał władzę w 2007 roku deficyt budżetu na ten rok wynosił 16 mld zł i był najniższy od czasów rządu Jerzego Buzka. Gdy władzę przejął Donald Tusk deficyt rósł w każdym kolejnym budżecie, a w 2010 wynosił ponad 52 mld zł. Dodatkowo od 2010 roku dług publiczny regularnie obija się o progi ostrożnościowe zapisane w polskiej konstytucji.
 
Rządowa propaganda w tym kontekście broni się kryzysem. Niewątpliwie kryzys gospodarczy miał istotny wpływ na dochody budżetowe, ale… Najgorszy w tym wszystkim jest fakt zapobiegania skutkom kryzysu poprzez tymczasowe, doraźne zmiany takie jak: podniesienie podatku VAT, składki rentowej czy wieku emerytalnego. To prawda, zmniejszone dochody można wyrównywać podnoszeniem podatków, ale można także zmniejszaniem wydatków. Zmniejszanie wydatków – w warunkach polskich – należałoby określić mianem „wielkiej reformy”. I to właśnie w tym punkcie znajduje się najlepsze określenie opisujące politykę rządu Donalda Tuska. Naczelne motto tego rządu brzmi: „żadnych reform”. Wydaje się, że Donald Tusk uznaje pogląd o Polsce, jako państwie dobrze zorganizowanym i niewymagającym wielkich projektów modernizacyjnych. To błędna diagnoza. Choćby dlatego warto doprowadzić do przyspieszonych wyborów i zmienić rząd.
 
Nie
 
Z drugiej jednak strony nad potencjalnym nowym rządem wisiałoby widmo prezydenckiego veta. Każda poważniejsza inicjatywa uderzająca w „oligarchię III RP” z pewnością zostałaby zahamowana. A przecież nie chodzi o to, żeby próbować, a oto żeby zmieniać. Co nam z tego, że w 2013 roku będą przyspieszone wybory, które być może nawet obóz niepodległościowy wygra, skoro i tak żadnych poważnych zmian nie będzie mógł wprowadzić. Cały potencjał spalał się będzie w konflikcie z prezydentem Bronisławem Komorowskim, co doprowadzi do tego, że prawdopodobnie nie będzie w Polsce żadnych wielkich reform. Jedynym elementem istotnie funkcjonującym będzie wzmożona propaganda strachu prowadzona przez dominujące ośrodki opiniotwórcze (a która będzie ciut bardziej wiarygodna niż teraz ze względu na rzeczywiste rządy PiSu).
 
Co gorsza, po zwycięstwie w 2013 roku pod znakiem zapytania stoją szansę na zwycięstwo w wyborach prezydenckich. Z pewnością spór polityczny będzie jeszcze bardziej gorący, „atmosfera” dla wielu będzie jeszcze bardziej duszna, a obóz niepodległościowy całą swą energię poświęci na obronę przed skowyczącym establishmentem. Lata 2013-2015 byłyby więc okresem powolnej utraty zaufania do prawicy i wzmocnieniem szans na drugą kadencję dla Bronisława Komorowskiego.
 
Długi marsz
 
Najważniejsze, w tym kontekście, jest jednak pytanie o to, kto ma władzę rozpisania nowych wyborów. Taką możliwość ma Donald Tusk, ma Waldemar Pawlak (ze względu na wyjście z koalicji) i prawdopodobnie ma Jarosław Gowin (ze względu na wyjście z PO), nie ma jej za to prawica. Może ona, co najwyżej prowokować Gowina (jak to miało miejsce w czasie głosowania nad zmianą ustawy aborcyjnej, która i tak prawdopodobnie nie wejdzie w życie, ponieważ w ostateczności zapewne zawetuje ją prezydent – Gowin o tym wie i nie daje się sprowokować) czy Pawlaka, ale skutki realne (nie liczę wizerunkowych) są raczej wątpliwe. Prawicowy wyborca nie powinien więc rozbudzać w sobie przedwczesnej nadziei na zmianę rządu.
 
A co powinien robić? Powinien z jednej strony pomagać w działaniach swoich organizacji, ale z drugiej powinien także wymagać! Od TV Trwam, żeby dało się ją oglądać i żeby nawiązała, choć minimalną, konkurencję z TV4 i TVN7 (nie mówiąc już o TVN-ie czy Polsacie) w okresie najwyższej oglądalności (czyli w godzinach 18-22). Od „Gazety Polskiej”, żeby przestała krzyczeć i zaczęła mówić oraz żeby odkryła, że poza polityką też jest życie. Od „Ziobrystów”, żeby porozumieli się z PiSem. Od PiSu, żeby sformułował rzeczywisty plan modernizacji Polski na miarę zużytej już IV Rzeczpospolitej oraz żeby wyeliminował ze swojego zaplecza wszelkich Kaczmarków, Kornatowskich czy Netzlów (którzy mają problem z rozróżnieniem, kto jest policjantem, a kto złodziejem) ale i wszelkie Kluzik-Rostkowskie (które mają problem z rozróżnieniem gdzie jest cywilizacja życia, a gdzie śmierci).
 
2015
 
Życzmy tym wszystkim organizacjom (tak samo jak i mniejszym, lokalnym) jak najlepiej, angażujmy się w ich działalność, oglądajmy „Informacje dnia” o 20 i kupujmy gazety, ale bądźmy świadomi, że prawicę w Polsce czeka długi marsz, którego celem są wybory prezydenckie w 2015 roku (wszak bez prezydenta nie da się w III RP rządzić). Rozbudzanie nadziei na szybką zmianę jest niebezpieczne i może spowodować wypalenie. Centralny punkt przenosi się jednocześnie z wymiaru taktyki politycznej (na którą wpływ mamy, włącznie z Jarosławem Kaczyńskim, niewielki) na wymiary strategiczne: unowocześnianie mediów, utworzenie projektu konserwatywnej modernizacji oraz kontrolę „naszych wybrańców”.
Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale