Piotr Fronczewski, po artykule "Dziennika" o jego oparciu się Służbie Bezpieczeństwa, nagle wyrósł na największego bohatera lustracji, 'gieroja' środowiska artystycznego. Ja jednak trochę mam wrażenie, że ta łatka została mu przyszyta trochę na siłę, z potrzeby znalezienia takiej właśnie osoby. Bo przyjrzyjmy się trochę sprawie:
Co robi p. Piotr po zatrzymaniu mu prawa jazdy?
"Następnego dnia pojechałem do mojego przyjaciela na Ursynowie, dosyć takiego ustosunkowanego, i powiedziałem mu o tej historii. On wieczorem do mnie zadzwonił i powiedział, bym się nie martwił, bo ktoś się do mnie odezwie".
Ten przyjaciel, to zapewne ktoś wysoko "ustosunkowany" w kręgach kościelnych? ;-)
A jak się cała historia zakończyła?
"Oficer zadzwonił do nie po dwóch, trzech tygodniach i powiedział, że ma dokumenty (...) On mi oddał prawo jazdy, ja pokwitowałem i na tym się skończyło"
Znaczy się SB nagrodziło jakże dzielne stanowisko pana Piotra? Czy może jednak protektor był na tyle silny, że wystarczył do odzyskania prawa jazdy?
I jeszcze - jakoś nikt nie komentuje faktu, że Fronczewski po pijaku jeździ po mieście (1,1 promila we krwi - to naprawdę nie jest jedno piwko). A niezależnie od okoliczności - NIKT, kto z taką ilością alkoholu we krwi siada za kierownicą, nie będzie się cieszył moim szacunkiem.
I mylę się, czy to właśnie Fronczewski był oskarżany o łamanie bojkotu telewizji w stanie wojennym? Tego akurat nie jestem pewien i jeśli nie mam racji - zarzut ten odszczekam.
Ja wiem, że potrzebny jest teraz taki "anty-Damięcki". Ale ja to widzę w ten sposób - człowiek był tak ustawiony, że mógł sobie na takie "bohaterstwo" pozwolić. Kropka.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)