0 obserwujących
27 notek
35k odsłon
  688   0

Gorczyńska: Półka/tapczan. Lektury lat '80-tych.

W latach osiemdziesiątych domowa biblioteczka była meblem prestiżowym. Świadczyła o przynależności do kasty ludzi wykształconych. Jednak nie wszystkie książki trafiały na eksponowane miejsca w regale. Niektórych trzeba było poszukać. W skrzyni tapczanu, w pawlaczu, za bojlerem.  

Widywałam takie książki. Wyłaniały się czasem spod mebli jako uboczny efekt poszukiwań zaginionej kredki świecowej. Odnajdywały się nieoczekiwanie w trudno dostępnych zakamarkach szafki z zabawkami. Niekiedy nawet można było na nie natrafić na półce z książkami gdzieś pod sufitem – upchnięte w drugim rzędzie, grzbietem do tyłu. Czy cieszyłam się z tych odkryć? W czasach powszechnej brzydoty i szarzyzny nie takie książki chciało się znaleźć. Z wysiłkiem odczytywałam litery niewyraźnie i krzywo odbite na kiepskim powielaczu. W ogóle było w nich coś z gruntu niesolidnego. Nie miały stałego miejsca pobytu. Pojawiały się nie wiadomo skąd i równie tajemniczo znikały. Druki ulotne.
 
Jednak jakiejś szczególnej niechęci do owych książek-widm nie odczuwałam. Wiedziałam, że są chowane (nie przede mną, rzecz jasna) – to budziło respekt. Były brzydkie, ale czy wydawnictwa oficjalne miały pod tym względem do zaoferowania coś lepszego? Jakże daleko im było choćby do takich francuskich kieszonkowych wydań albumów z reprodukcjami dzieł sztuki – soczyste kolory, dobry papier, elegancka typografia. Było chyba kilkanaście takich książeczek w domowej bibliotece; kilka „wyniosłam” na podwórko, gdzie zaginęły bez wieści.
 
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że to właśnie spośród woluminów wiodących stateczną półkową egzystencję, nie mogących wprawdzie pochlubić się olśniewającą prezencją, ale też i nie kryjących wstydliwie swego autora i tytułu pod szarym papierem pakunkowym, rekrutowali się główni sprzymierzeńcy nastoletniej wyobraźni. Na honorowym miejscu pierwszokomunijny prezent, Encyklopedia PWN. Początkowo tylko tom pierwszy, do litery F. Subskrypcja na pozostałe trzy tomy rozsądnie rozłożyła na raty mój czytelniczy entuzjazm. Zaraz po encyklopedii – Bogowie, groby i uczeni  C. W. Cerama (miękka oprawa i kiepski klej dokonały cudu rozmnożenia tego dzieła na kilka woluminów) oraz Twarze ludzkiej kultury  Janusza Trybusiewicza z popularnej kieszonkowej serii „Szczęśliwa siódemka”.
 
Stosunkowo wysoką notę przyznawałam też leksykonowi Ireny Gumowskiej pod wiele mówiącym tytułem Od ananasa do ziemniaka. Fascynowała mnie przedziwna korespondencja, w jaką za sprawą alfabetycznego sąsiedztwa swojska jarzyna wchodziła z egzotycznymi fruktami. Inne kulinaria nie były już tak inspirujące. Autorskie trio Polskiej kuchni jarskiejdość nieudolnie usiłowało obrzydzić najbardziej pożądany produkt epoki – mięso. Owocowo-warzywne kontrpropozycje były raczej siermiężne.
 
Ze skierowanej już bezpośrednio do mnie pozycji Sabiny Witkowskiej Nastolatki gotują pamiętam (cynicznie jakoś brzmiący w tamtych okolicznościach) przepis na sałatkę z kiełbasy i sera żółtego oraz instrukcję, jak domowym sposobem zmajstrować pożyteczne urządzenie do dogotowywania kaszy (potrzebna była duża puszka i stary koc).
 
Natomiast książka Nastolatki pielęgnują urodę  tchnęła jakimś ożywczym powiewem, choć znów trudno było w warunkach gospodarki deficytowej zgromadzić produkty (najczęściej jadalne) do tych wszystkich cudownych toników i maseczek babuni. Ciekawą formę zbeletryzowanego poradnika miała rzecz nieco starsza, pochodząca z mlekiem i miodem płynących, jak mi się wówczas wydawało, lat siedemdziesiątych – 100 minut dla urody Zofii Wędrowskiej. Bohaterkami były dwie przyjaciółki: jedna przebojowa, druga typowa szara myszka. Czytanie tego okazało się jednak dość przygnębiające – odbiorca siłą rzeczy utożsamiać się musiał z niezaradną i zaniedbaną bohaterką, podczas gdy ta druga, idealna, przemądrzale udzielała nam wskazówek, jak pielęgnować cerę, zachować linię i na bałtyckich plażach opalić się na złocisty brąz.
 
Zanim jednak sięgnęłam po fachową literaturę dla dorastających dziewcząt, przeżyłam czas gorączkowego przetrząsania półek w poszukiwaniu podróżniczej beletrystyki. Znalazłam – i niebawem zaczytałam na śmierć – biografię Nansena (Fridtjöf, co z ciebie wyrośnie?Aliny i Czesława Centkiewiczów). W roku 1987 Wydawnictwo Literackie wznowiło Na srebrnym globie JerzegoŻuławskiego i chyba wtedy tę książkę dostałam. Zaczynała się moda na literaturę science - fiction. Co kwartał polowałam w kiosku na „Małą Fantastykę”. Przeczytałam tam o Cortázarze i próbowałam zabrać się za Tango raz jeszcze Ostatnią rundę, ale jakoś nie mogłam natrafić na cytowane w moim czasopisemku śmieszne opowieści o Kronopiach; w końcu uznałam, że cały ten realizm magiczny to nudziarstwo nie dla mnie.
 
Podobnie zakwalifikowałam napływające do domu nowości: Nowy Świat i okolice Konwickiego, Krakowskie Przedmieście pełne deserów Adolfa Rudnickiego czy Kamień na kamieniu Myśliwskiego. Nie dla mnie. Brałam do ręki także książki trochę starsze, jak Rozkurz Białoszewskiego (zaintrygował mnie tytuł). Niewiele z tych szczątkowych lektur wynikało, ale ponawiałam próby. Wyobrażam sobie, że szczenięca ciekawość kazałaby mi też sięgnąć po mistyczną prozę dźwięcznie brzmiącego Jana Drzeżdżona (i proszę bardzo, dowiaduję się po latach, że napisał dla dzieci trylogię o Patalonkach – dlaczego to przede mną zatajono?) czy po głośny na początku dekady cykl powieściowy Marka Słyka: W barszczu przygód, W rosole powikłań, W krupniku rozstrzygnięć – te jednak jakoś pod nasz dach nie napłynęły ani wtedy, gdy w „Twórczości” zachwycał się nimi Henryk Bereza, ani tym bardziej w czasach, gdy wzbudzały już tylko pobłażliwy uśmiech.
 
Już podczytywałam „dorosłe” książki, a jeszcze w ostatnich parkosyzmach dzieciństwa pochłonęłam Klub włóczykijów Edmunda Niziurskiego, kilka Panów Samochodzików i zaśmiewałam się nad Porwaniem w Tiutiurlistanie Wojciecha Żukrowskiego, wygranym w szkolnym konkursie czytelniczym. Ta epoka miała się jednak ku końcowi. Coraz silniej wionął wiatr historii. Wraz z wzorowym świadectwem ukończenia klasy siódmej przedłożyłam przed oczy zdumionych rodziców nagrodę książkową w postaci pezetpeerowskich wspomnień Jerzego Putramenta Pół wieku. Poślizg. To był rok 1989. Na wakacje po klasie ósmej idąca z duchem czasu podstawówka wyposażyła mnie już w ładnie wydany tomik Twoja pojedynczość Franka O’Hary. Gdybym w tamtych latach pasjonowała się poezją Marcina Świetlickiego („idee to wodniste substytuty krwi”) i czytała „bruLion”, wiedziałabym, że otrzymałam lekturę całkiem au courant– właśnie proklamowano o’haryzm.
 
Prawdziwie historyczny moment nastąpił niedługo później. Wynajęto dwójkę ukraińskich studentów do sprzątania strychu. Za starym bojlerem, pod stertą styropianu urządzony był składzik „bibuły”. Ukraińcy znosili na dół całe naręcza książek, czasopism, ulotek.
 
Nagle okazało się, że przez te wszystkie lata były niemal na wyciągnięcie ręki: poezje Barańczaka i Lothara Herbsta, numery „Obecności”, egzemplarze „Biuletynu Dolnośląskiego”, Najnowsza historia Polski Andrzeja Alberta, Rodzinna Europa Miłosza, wspomnienia Nadieżdy Mandelsztam, dwa tomy Sołżenicyna, Inny świat Herlinga-Grudzińskiego… Niedostępne nawet dla tych, którzy wiedzieli o ich istnieniu, wiodły żywot pokątny i niezależny. I teraz, całkiem zwyczajnie, powędrowały tam, gdzie jest miejsce książek. Na półkę.
 
Małgorzata Gorczyńska
 
tekst jest skróconą wersją artykułu, który ukazał się w kwartalniku "Pamięć i Przyszłość" nr 2/2008 pod tytułem "Półka i tapczan. O lekturach lat osiemdziesiątych"
 
 

 

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale