PaniDubito PaniDubito
36
BLOG

Do widzenia, Kapisiu, być może do jutra!

PaniDubito PaniDubito Społeczeństwo Obserwuj notkę 0
Pisanie epitafiów dla chłopaków przychodziło mi naturalnie, choć nie bezboleśnie. Po prostu dawałam upust falom żalu, które zalewały mi duszę. Z Kapisią jest inaczej. Czy dlatego, że to ostatnia z czwórki rodzeństwa, ostatnia z Bandy Lolki? Czy może ból ukrył się za czymś albo kryje się za nim coś więcej niż wcześniej?

Nie mam natchnienia, choć do napisania tego tekstu przymierzałam się już od dłuższego czasu. Inaczej niż w przypadku chłopaków nauczyłam się już mierzyć z rzeczywistością i dopuszczałam do siebie myśl, że Kapiszon niedługo odejdzie. Kiedy była z nami cała czwórka, nie chciałam o tym myśleć. Perspektywa ich odejścia wydawała mi się rodem z innej rzeczywistości, która mnie dotyczy. i nie miałam zamiaru, żeby mnie dotyczyła. Ta czwórka przez kilkanaście lat definiowała i organizowała nasze życie. Nie pamiętaliśmy już innego. Po pożegnaniu z trójką chłopaków spokorniałam i pogodziłam się z faktem, że ten dzień nastąpi.

Nastąpił 12 godzin temu, w niedzielę w godzinach południowych. Więc skąd we mnie ta pustka?

Czy stąd, że wraz z odejściem ostatniego członka Bandy Lolki wiem, że w naszym życiu zakończył się pewien etap? Kapisia była z nami prawie 18 lat, a jeśli doliczyć jej mamę Lolę oraz jej ukochanego Tarzana, nabytego przez nas wraz z domem, można powiedzieć, że etap ten liczył 22 lata.

image

Szmat życia i przeżyć, w których nam oni towarzyszyli. Byli tu, gdy odwiedzali nas Rodzice, którzy już więcej tu nie przyjadą, byli, gdy Mama dożywała u nas swoich ostatnich dni. Byli przy odwiedzinach innych ludzi, którzy już nigdy tu nie przyjadą. Byli, gdy z nijakości, chaszczy i zapuszczonych połaci zachwaszczonych traw tworzyliśmy ogród czy może raczej park. Byli, gdy całymi dniami przekopywałam kolejne nieużytki na rabaty, gdy ściółkowałam ścieżki i plewiłam grządki, gdy szliśmy sadzić młode drzewka, gdy dźwigałam wodę, żeby podlewać ogród, gdy zbieraliśmy orzechy i jabłka. Były tuż obok, gdy siedziałam i całymi dniami stukałam w klawiaturę. Byli, gdy się zamartwiałam zawalonymi terminami i gdy nie dosypiałam, żeby je gonić. Chodziłam za nimi całe noce, co chwila otwierając i zamykając drzwi na dwór za kolejnym chętnym na nocny spacerek. Zawsze mogliśmy liczyć na ich towarzystwo, nigdy nie czuliśmy się sami. Nawet wtedy, gdy któreś z nas musiało gdzieś wyjechać – wówczas ten, kto zostawał w domu, nie odczuwał żadnej samotności. Ich towarzystwo było namacalne nie tylko fizycznie.

Czy jednak odejście Kapisi to szok tylko z powodu zamknięcia ważnego etapu w życiu?

Nie, to również świadomość, że zostało nam już nie za wiele czasu. O 22 lata mniej, niż gdy się tutaj wprowadzaliśmy. Świadomość, że skoro pożegnaliśmy osoby tak ważne dla naszego życia, tym bardziej powinniśmy zrobić remanent i pożegnać się ze sprawami mało istotnymi. Czas ucieka coraz szybciej.

image

A Kapisia, mały robaczek, kim była?

Była jedyną dziewczyną w Bandzie Lolki, nieodłącznym jej elementem. I jedynym, który nam do wczoraj pozostał.

Urodziła ją wraz z jej trzema braciszkami 7 marca 18 lat temu półtoraroczna Lola, pies naszego życia, który wkrótce potem odszedł tragicznie.

Kapisię widac na pierwszym planie. Wygląda na największą, ale była najmniejsza, najdrobniejsza.

image

Młodziutka mamusia nie wiedzieć skąd wiedziała, jak wychowuje się dzieci. Od małego uczyła swoje pociechy podstawowych psich umiejętności, np. podgryzania gardziołka. Pamiętam lekko przestraszoną minę Capicciny, gdy położona na grzbietku czuła na gardle mamine ząbki. Ja znacznie bardziej niż ona przeraziłam się na ten widok, ale od razu uspokoił mnie mąż, który już wcześniej oglądał podobne lekcje udzielane chłopakom.

image

image

Capiccina?

To jedno z niezliczonych imion Kapisi. Gdy imiona chłopaków ustaliliśmy prędzej czy później, na imię dla niej nie potrafiliśmy się zdecydować. W końcu z braku laku stanęło roboczo na Migotce z Doliny Muminków. Imię to wkrótce zaczęło żyć własnym życiem i rodzić kolejne imiona.

image

Migotka – Migosia – Kosia – Migosa – Kosa – Kokosa – Babosa – Bambolina – Capiccina – Kapisia – Sisia – Misia – Mysia – Kapiszon – Babiszon – Kapiszek – Kapisieństwo – Malutka Ludka…  A także Czubatka, z powodu białego czubka, jaki lubiliśmy jej stroszyć na czubku łebka.

Oraz rozmaite rymowanki z poszczególnych imion, jak „Malutka Ludka ta Krasnoludka” czy „Ludeczka Kokosa malutka Migosa”.

Gdy przeglądam stare zdjęcia, widzę, że na początku lubiła nasze towarzystwo, dawała się brać na ręce i na kolana.

image


image

Kiedy jednak dorosła, niespecjalnie zabiegała o takie czułości. Gdy przyjeżdżali goście, w odróżnieniu od chłopaków nie przymilała się do nich i nie kręciła się wokół, przez co nie obdarowywano jej porównywalną liczbą głasków, smakołyków i pieszczotliwych słów. Czy trzymała się na dystans z powodu swojej niezależności, czy może raczej z ostrożności? W kontaktach ludzko-psich była wielką panikarą. Podjęta przez nas w jej dzieciństwie próba założenia obroży (noszonej bezproblematycznie przez jej mamę Lolę) zakończyła się atakiem histerii i odtąd Kapisia trzymała się na bezpieczny dystans. Dyzia i Benusia można było brać na kolana i bawić się w przytulanki, Dorosłej (choć wciąż malutkiej) Kapisi na kolanach nikt nigdy nie miał, a na próby przytulanek reagowała pośpiesznym oddaleniem się w inne miejsce.

image

To ona w Bandzie Lolki nosiła spodnie. Tylko jej wolno było dawać chłopakom wciry bez żadnych konsekwencji. Gdy miała ochotę, po prostu robiła im awantury, podskakując i bluzgając im prosto w dziób piskliwym głosikiem. Urocze były jej dyskretne ostrzeżenia, gdy ledwie dostrzegalnie rozszerzała nozdrza i rozsuwała wargi, ukazując bielutkie ząbki (piękne i zdrowe aż do końca) i piorunując przyszłą ofiarę wzrokiem.

image

Była z nich wszystkich najmniejsza i z pozoru najmniej atrakcyjna – ani łatek, ani dorodnego lisiego ogona. W dodatku przezywaliśmy ją Baleronkiem, bo nie jedzenie było jej ulubioną czynnością, a gdy się najadła, zaokrąglały jej się boczki.

Kokosa lubiła sobie pogryzać wszystko -- czy to kawałek kokosa, czy kabanoska, czy główkę upolowanej norniczki.

image


image

Ogólnie jednak była drobnej budowy i zgrabna, na dość długich szczupłych łapkach.

Do tego łebek, który jest najlepszym dowodem na to, że mądrość niekoniecznie zależy od wielkości mózgu.

image

Wspomniany już piorunujący wzrok był zresztą jej cechą nieomal stałą. O ile inne psy miewają przeważnie wzrok łagodny, dobrotliwy i wręcz błagalny, o tyle Kapisia przeszywała wzrokiem na wylot. Zawsze kojarzyło mi się to ze słowami z biblijnej Pieśni nad pieśniami: „Odwróć ode mnie swe oczy, bo są mocniejsze niż ja” (Pnp 6,5). Jak to wyraziła pewna moja dobra znajoma, „Kapisia wzrokiem przenika duszę”.

image

Z charakteru najbardziej niezależna ze wszystkich naszych psów i nieustraszona. Gdy pięć lat temu schronienia szukała u nas nieszczęsna Luna (wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to dziewczyna i że potrzebuje pomocy), kilkakrotnie od niej mniejsza Kapisia nie bała się jej obszczekiwać i przepędzać, choć wystarczyłoby, żeby Luna raz kłapnęła szczęką, a byłoby po naszej Mysi.

image

Wykopaliska

Kapisia nie potrzebowała też nikogo do szczęścia, mogła spędzać całe dnie wykopując doły w odległych zakątkach ogrodu, a także na głównych ścieżkach, w poszukiwaniu norniczek i krecików. Nieraz najedliśmy się strachu, gdy nie mogliśmy się doczekać żadnego znaku życia na wołanie jej do domu. Już gdy wydawało się, że trzeba się będzie wybrać na wyprawę po gminie w jej poszukiwaniu, Kapisia zjawiała się nagle. I okazywało się, że była cały czas w odległości kilkunastu metrów, niezmiernie zajęta dobieraniem się do czyjegoś podziemnego korytarza.

image


image

image


image


image

W celu prowadzenia wykopalisk wybierała się też często na pobliskie pola, zwłaszcza gdy pracowaliśmy w sadzie czy Ogrodzie Leśnym. Jej obojętność wobec naszego istnienia okazywała się jednak pozorna, bo gdy tylko szliśmy w stronę domu, przerywała wykopaliska i z resztą bandy biegła za nami.

Po polach zresztą kochała hasać jak cała reszta Bandy Lolki i codziennie udawali się razem na obchód wsi, a przez resztę dnia wałęsali się po ogrodzie.

image


image


image


image


image


image

Uwielbiali też, gdy szliśmy z nimi na spacerek na górkę za Ogrodem Leśnym.

image


image


image


image

Była wulkanem energii i nie znosiła bezczynności. W ogrodzie musiała bez przerwy się czymś zajmować, jeśli nie kopaniem dołków, to przynajmniej ćwiczeniami fizycznymi, jak choćby tarzanie się na grzbietku celem masażu kręgosłupa albo pływanie crawlem po trawie, gdy w tym samym czasie jej braciszkowie siedzieli spokojnie nic nie robiąc.

image

image

Chodziła własnymi drogami, krążąc po ogrodzie w poszukiwaniu jakichś nieodkrytych jeszcze miejsc godnych spenetrowania.

image


image


image


image

image


image


image


image

Kapisiowa wrażliwość

O tym, że coś do nas czuje, dowiadywaliśmy się głównie przy powrotach z wyjazdów poza dom, gdy witała nas z entuzjazmem nie mniejszym niż braciszkowie. Czasem też raczyła spojrzeć na nas życzliwie.

image

W okresie dwóch lat nieobecności Misia, kiedy to przez naszą bezduszność wylądował w obcym domu, najlepszym kumplem Kapisi był Taran, czyli Dyziu. Zabawom nie było końca.

image

image


image


image


image

Kapisia jest jednak siostrą bliźniaczką Beniamina, ewidentnie spłodzoną przez tego samego tatusia Kubusia. Razem zwiemy ich Surykatkami, bo małe łebki, ciekawskie oczka i Benusiowa umiejętność siadania słupka tak się nam kojarzą.

image


image


image


image

Gdy jednak Misiu do nas wrócił i nigdy nie mógł od niej oderwać zachwyconego wzroku, nieraz łaskawie obdarzała go względami, a to pozwalając lizać się po uszku, a to na odmianę namiętnie dając mu opisane wcześniej wciry.

image


image

image

image


Nikt jednak nie był w stanie gniewać się na Kapisię za najgorszą nawet awanturę. Kto mógłby gniewać się na taki pyszczek, ni to myszkowy, ni to jeżykowy i ogólny wygląd małej futrzanej gąsieniczki?


image

Kapisia ma uczucia

Wydawało nam się, że Kapiszon się ludźmi nie interesuje, zajęty swoimi sprawami. To jednak były pozory. Dopiero teraz sobie uświadomiłam, że gdy przeprowadziliśmy do nas Mamę, Kapisia zadomowiła się w jej pokoju, w którym wcześniej pracowałam. I że przesiadywała tam często ze mną, sadowiąc się nawet na stole z laptopem, a gdy zjawiła się Mama, prawie jej nie odstępowała. Spała na fotelu, który tam stał, zmieniając czasem miejsce na wersalkę. Często kręciła się koło Mamy razem z innymi pieskami.

image

Gdy braciszkowie zaczęli w końcu odchodzić jeden po drugim, z pozoru zdawało się, że nie robi to na niej wrażenia. Z czasem zauważyliśmy, że bardzo się zmieniła i przestała być niezależną samotnicą. Gdy znikałam jej z oczu, podobnie jak kiedyś Benek nie mogła znieść mojej nieobecności i albo od razu wyruszała na poszukiwanie, albo gdy czuła się już zbyt słaba, wołała w głos. Gdy musiałam wyjechać choć na krótko, nieustannie wyła i płakała.


Kuzynka Kruszynka Krótkołapka Fukkanen

Tak się złożyło, że wkrótce po odejściu braciszków uratowaliśmy pewne maleństwo przed pisanym mu tragicznym losem i sprowadziliśmy do domu kuzynkę Kruszynkę Krótkołapkę Fukkanen.

image

Po przywiezieniu maleństwa do domu nasz entuzjazm na myśl, że dodamy Kapisi radości w jej samotnych chwilach, w jednej chwili prysł. Na kordialne powitanie ze strony małego berbecia Kapisia zareagowała typowymi wcirami. I tak miało się to ciągnąć przed dłuuuugie miesiące. Fukka nie zaprzestawała energicznych prób zadzierzgnięcia bliższej przyjaźni, na co Kapisia reagowała energią godną dawnych czasów. Później jednak dziewczyny dotarły się. Krótkołapka zrozumiała, że z Kapisią nie da się tak szaleć jak z jednym kolegą, który ją tutaj odwiedza, Kapiszon z kolei zaakceptował wstępnie obecność nowej domowniczki i nie robił awantur za samo podejrzenie próby nawiązania kontaktu.

Mogliśmy więc już pościągać wysokie kartony z ciężką zawartością poustawiane na krawędziach łóżka, na którym mieszkała Kapisia. Sfrustrowany mąż wprawdzie zdążył już zaadaptować na swoje potrzeby wersalkę w sąsiednim pokoju, ja jednak nadal sypiałam na łóżku z Kapisią i wielkie pudła mocno mi utrudniały udanie się na spoczynek.


Łóżko

Minęło już przeszło 12 godzin od chwili, gdy ciałko małej gąsieniczki ochłodło i zesztywniało. Siedzę przed laptopem o metr od łóżka, na którym dobę temu jeszcze leżała, oddychała i strzygła uszkami. I już wiem, dlaczego nie mam natchnienia.

Pierwszy raz od 19 lat łóżko jest puste. Brak natchnienia wynika z braku futerka na wyciągnięcie ręki, futerka, które mogłoby mnie choć trochę pocieszyć. Na szczęście jest jeszcze Fukkanen, ale ona sypia na wersalce z pokoju obok.

Jako pierwsza zaczęła na łóżko wchodzić Lola. Tylko na noc, żeby nie marznąć gdzieś indziej w naszym lodowatym wówczas zimą domu. Układaliśmy ją w nogach i kazaliśmy jej tam zostać, ale gdy budziliśmy się rano, była już bliżej naszych głów niż nóg. Trzymałam ją na kolanach siedząc wieczorem na łóżku dzień przed. Oglądaliśmy Szaradę z Audrey Hepburn. A nazajutrz rano... Nigdy więcej nie obejrzę Szarady i staram się nie pamiętać przepięknego tematu muzycznego z tego filmu. Już zawsze będzie boleć.

image

Z Dyziem, który odszedł prawie dokładnie 15 lat po swojej mamie, też leżeliśmy na łóżku i też coś oglądaliśmy i czegoś słuchaliśmy. Jakieś filmy o historii Beatlesów, puszczaliśmy je kilka dni pod rząd w ostatnich dniach Tarana-Dyzia Tutaj. O dziwo jednak Beatlesów mogę słuchać dalej i nie kojarzą mi się z bolesnym odejściem.

image

Dziwnie się złożyło, że w ostatnich dniach też oglądaliśmy całkiem przypadkiem jakieś filmy z historii Czwórki z Liverpoolu. Tym razem na ich tle zasnęła na dłużej Kapisia. Wczoraj wieczór w kolejnym odcinku Paul McCarney wykonywał Yesterday. Piosenka piękna, lecz nigdy do mnie szczególnie nie przemawiała. Aż do wczoraj. Dopiero wczoraj zrozumiałam, że Wczoraj już nie wróci. Że Yesterday jest o mnie, o mnie Teraz. O mnie i o Kapisi. Że to są moje pytania.

image

Czy powiedziałam coś źle? McCartney przyznaje, że to zrobił. Ja też przyznaję, że powiedziałam i zrobiłam wiele złego. I teraz tęsknię za wczorajszym dniem, żeby to odwrócić, odwołać. Nie zdołam. Ale wierzę w to, że „miłość zakrywa wiele grzechów" (1 P 4,8) i że zostanie mi to wszystko zapomniane. "I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie" (Ap 21,4). Bo przecież nie chodzi tylko o puste łóżko i o brak futerka pod ręką. Chodzi o to, ze -- parafrazując Mikołaja Bierdiajewa -- „nie wyobrażam sobie Królestwa Bożego bez mojej Kapisi".

image

„I była mu jak córka”

Skąd Kapisia na naszym łóżku? Gdy dopiero zaczynaliśmy debiutować w roli domowników psów, znajomi doświadczeni psiarze radzili, aby się z nimi zbytnio nie spoufalać i najlepiej nawet nie wpuszczać ich do pokoju. „Tak? – zdziwiła się Rigmor, zaprzyjaźniona Norweżka (nieposiadająca zresztą żadnych zwierzątek). – A my tutaj sypiamy z nimi w łóżkach”.

Poczułam się wówczas lekko zbulwersowana, ale i wewnętrznie rozdarta od tak sprzecznych rad. Psy jednak nie dały nam wyboru – traktowały nasze łóżko jak jedno z wielu swoich legowisk (zazwyczaj zmienianych kilkakrotnie w ciągu nocy). Nie mieliśmy serca ich stamtąd wyganiać, zresztą szybko doceniliśmy bliskość i życzliwość tych dobrych duszków.

Dopiero potem uświadomiłam sobie, że norweskie zwyczaje i zwyczaje naszych psów nie są wcale sprzeczne ze Słowem Bożym:


Wtedy Pan posłał Natana do Dawida, a ten, przyszedłszy do niego, powiedział:

W pewnym mieście było dwóch mężów, Jeden bogaty, a drugi ubogi. Bogaty miał bardzo wiele owiec i bydła, ubogi zaś nie miał nic oprócz jednej małej owieczki, którą nabył. I żywił ją, a ona wyrosła u niego razem z jego dziećmi. Z chleba jego jadała, z kubka jego piła, Na łonie jego sypiała i była mu jak córka. Pewnego razu przybył do męża bogatego podróżny. Żal mu było wziąć ze swoich owiec czy ze swojego bydła, aby je przyrządzić dla podróżnego, który do niego przybył. Wziął więc owieczkę tego męża ubogiego i ją przyrządził dla męża, który do niego przybył. Wtedy Dawid wybuchnął wielkim gniewem na owego męża i rzekł do Natana: Jako żyje Pan, że na śmierć zasługuje mąż, który tak postąpił. Za owieczkę zapłaci w czwórnasób, dlatego że taką rzecz uczynił i że nie miał litości. Wtedy Natan rzekł do Dawida: Ty jesteś tym mężem.

(2 Sm 12,1-7 BW)


Jest to fragment historii o grzechu króla Dawida. W czasie trwającej wojny władca zakochał się przypadkiem w Batszebie, żonie jednego ze swoich najdzielniejszych dowódców, Urii. Gdy Urija narażał życie w obronie królestwa, król romansował z jego żoną, a bojąc się, żeby sprawa nie wyszła na jaw, polecił posłać jej odważnego męża w najgorszy ogień bitwy, gdzie Urija poległ.

Wtedy Bóg posłał do Dawida proroka Natana z taką właśnie opowieścią – o biednym człowieku pozbawionym ukochanej istoty przez bogacza.

Poza oczywistą wymową tej opowieści o biednym człowieku (Urii) okrutnie skrzywdzonym przez bogacza (Dawida) ukazuje ona jeszcze inną płaszczyznę: Ukochaną istotą w opowieści proroka okazuje się zwierzę. Które wychowuje się z dziećmi swojego właściciela, je z nim z jednego talerza, pije z jednego kubka i sypia nie tylko w jego łóżku, ale „na jego łonie”. Co ciekawe, Dawid po usłyszeniu tej opowieści wydaje się oburzony nie tylko obrabowaniem biednego z jego owcy, ale również bezdusznym okrucieństwem bogacza, który pozbawił życia ukochaną przez biedaka istotę. I gdy Dawid orzeka, że człowiek ten powinien ponieść śmierć (prawo Mojżeszowe nie przewidywało kary śmierci za kradzież zwierzęcia), jest widać szczególnie poruszony zabiciem kogoś bliskiego. Natan nie polemizuje z tym oburzeniem i nie mówi, że to zbyt surowa kara dla rabusia, oznajmia tylko: „Ty jesteś tym człowiekiem”. Człowiekiem, który pozbawił kogoś bliskiej mu osoby. Wynika z tego, że zarówno zdaniem Dawida jak i Natana, proroka Bożego, człowiek, który pozbawia kogoś bliskiej mu osoby,, zasługuje na karę śmierci. Mimo że osobą tą w opowieści proroka nie jest człowiek, lecz zwierzę.

To kolejna cegiełka w gmachu biblijnego nauczania o tym, jak Bóg widzi zwierzęta i relacje ludzko-zwierzęce. Inne biblijne spostrzeżenia na ten temat zawarłam w epitafiach dla chłopaków z Bandy Lolki, pisanych 2 – 2,5 roku temu: dla Dyzia, dla Benka i dla Misia.


Pożegnanie

Dopiero teraz, przeglądając zdjęcia, zauważyłam, że Kapisia już parę lat temu, jeszcze przed odejściem Dyzia, zainteresowała się bliżej spaniem i z czasem zaczęła je preferować nad zmysł myśliwski. Zmieniała się i powolutku słabła.

image

Kapiszon, który po odejściu braciszków nie mógł znieść ani chwili rozstania ze mną, powolutku tracił siły. Ponad rok temu w listopadzie odbyłam z nią spacer na górkę, który opisałam tutaj.

image

W ostatnim listopadzie podobny spacer był już niemożliwy. Wprawdzie Kokoska wciąż dreptała, ale z coraz większym trudem i niechęcią. Zapewne dawał się jej we znaki nieproszony gość, który umiejscowił się na brzuszku, a baliśmy się ryzyka jego usuwania przy tak wiekowym i słabiutkim organizmie. Dużo spała, ale też sporo chodziła, szczególnie nocą, dostosowując się do moich godzin pracy. (Jeśli można nazwać pracą nieustanne wstawanie celem otwarcia i zamknięcia drzwi za nią).

image

Sytuacja zmieniła kilka dni temu – Malutka Ludka zaczęła się przewracać, nie mogła ustać na nogach. Coś mnie wtedy tknęło – nagła niezdolność do utrzymania się na nogach okazała się pierwszą oznaką bliskiego odejścia Mamy oraz Dyzia. To słabło serce, jak orzekł lekarz z trudem wyszarpany systemowi w okresie covidu. Oparte o coś Kapisieństwo było jeszcze w stanie siedzieć, ale nie potrafiło się już podnieść bez podtrzymywania. Sytuacja pogarszała się błyskawicznie w ciągu dosłownie paru dni. Wreszcie przedwczoraj Kapiszon mógł już tylko leżeć i nie potrafił już zrobić ani kroku. Przedwczoraj też pojawiła się druga oznaka – niechęć do jedzenia, ewenement u zawsze gotowej do pałaszowania Sisi. Trzecim znakiem były rozpaczliwe wołania, podobne jak wydawali z siebie niedługo przed odejściem Benuś, a także Misiu. Wreszcie ostatni znak pojawił się wczoraj – Kapiszek zaczął odwracać głowę od podawanej mu miseczki z wodą. A łapki zupełnie już straciły władzę. Tylko łebek i ciekawskie, przenikliwe oczka oraz co rusz nadstawiane uszki dawały nam znać, że Kapisia wciąż czuwa. Przestaliśmy wynosić ją na dwór za potrzebą w eleganckim koszu na drewno – nie była już w stanie ustać, nawet podtrzymywana.

Wczoraj zbudziłam się późno po przepracowanej nocy. Kapisia spała. Za chwilę też się obudziła. Trzeba jej było zmienić zmoczony podkład. Mąż wyjął go więc i wyniósł, Ludeczka Kokosa tymczasem zakasłała i zwróciła dziwny brunatny płyn. Podtrzymywałam ją i czułam, jak bezwładnieje. Mąż wrócił, podbiegł do nas i stwierdził, że Kapisia nie oddycha. Zdawało mi się, że dostrzegam jeszcze unoszące się momentami żeberka, lecz spoglądałam jej w oczy i widziałam wpatrzony gdzieś hen daleko znieruchomiały wzrok i powoli gasnące w nim światło. Próby reanimacji nie zdały się na nic. Mały Robaczek, Jeżyk i Myszka jest już Gdzieś Tam, gdzie chłopaki, mamusia i reszta towarzystwa. I czeka.

Bo stworzenie z tęsknotą oczekuje objawienia się synów Boga. Gdyż stworzenie zostało poddane marności — nie z własnej woli, lecz z woli Tego, który je poddał — w nadziei, że i samo stworzenie zostanie wyzwolone z niewoli skażenia i wprowadzone w chwalebną wolność dzieci Boga. Wiemy bowiem, że całe stworzenie aż do teraz wzdycha i znosi bóle rodzenia (Rz 8,19-22 EIB).



image



Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj Obserwuj notkę
PaniDubito
O mnie PaniDubito

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo