25 grudnia chrześcijanie obchodzą święto upamiętniające narodziny Jezusa Chrystusa. Mam wrażenie, że nie wszyscy o tym pamiętają.
Bo tak oto we wczorajszych, wigilijnych "Faktach po faktach", dyskutowano m.in. o św. Mikołaju, czy o kontrowersyjnej reklamie bielizny z modelką-żydówką w roli głównej (a że jednym z zaproszonych gości był rabin, więc pasowało, jak znalazł). Słowem - o wszystkim byle nie o Bożym Narodzeniu.
Nie ma się co dziwić, w końcu kto by pamiętał o jakimś tam Jezusie. Nowa, bożonarodzeniowa tradycja (sic! - chyba należałoby znaleźć jakąś lepszą nazwę, taką bardziej apolityczną) kładzie nacisk na zupełnie co innego.
Kolacja wigilijna, łamanie się opłatkiem - ok, trzeba, to trzeba. Najważniejsze są jednak PREZENTY! Gdy tylko skończy się suto zastawiona kolacja, czas na otwarcie podarków, które bliskim udało się zdobyć w czasie wielotygodnowej batalii, pokonując przy tym gigantyczne kolejki w galeriach handlowych. Później jeszcze obowiązkowe zdjęcie przy choince (oczywiście z prezentami w ręku), które następnie umieszcza się na portalu społecznościowym potocznie zwanym Facebookiem. A potem można już tylko odświeżać stronę kilka razy na minutę i czekać na "lajki" i komentarze.
Trzeba też uważać, aby w całym tym zgiełku, nie umknął Kevin - w zasadzie bez większego znaczenia, czy tym razem będzie sam w domu, czy też może w sam w Nowym Yorku. A jeżeli wpadliśmy na pomysł by odwiedzić rodzinę, bądź znajomych, warto wcześniej sprawdzić, o której zaczyna się ten kultowy film, by odpowiednio wcześniej udać się w drogę powrotną do domu. W najgorszym wypadku, możemy też zaproponować wspólne oglądanie, w końcu to taka tradycja.
Poza tym, święta bez telewizji to nie świąta. Zwłaszcza jeśli tv ogląda się tylko od święta.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)