Już kiedyś pisałem o tym, jak podróżowanie, a może nawet jeszcze bardziej pielgrzymowanie pozwala na doświadczenie innego świata. Tyle tylko, że zdawało mi się wtedy, że potrzeba się wybrać najpierw do dalekiej Francji, gdzie mnóstwo jest starych, zacnych i potężnie wybudowanych kościołów, które pamiętają czasy tak odległe, że w Polsce wtedy nie było nic lub prawie nic, potem pomyśleć sobie o Ireneuszu z Lyonu i porozmawiać o nim z tymi Francuzami, dla których ma to jeszcze jakiekolwiek znaczenie, a na koniec wybrać się pielgrzymką z Paryża do Chartres (wprawdzie nie tradycjonalistyczną tylko tą wznowioną na początku XX wieku przez Charlesa Peguy i Alaina-Fournier, ale to i tak nieźle). I oto dzisiaj spotkało mnie niemałe zaskoczenie, a wszystko dlatego, że przeprowadziłem się z Piastowa do Pruszkowa, czyli o całą jedną stację jaka pokonuje pociąg podmiejski, o całe trzy minuty podróży więcej w kierunku Warszawy. Zaskoczenie było o tyle zaskakujące (podobnie jak oczywistość może być oczywista), że nie pierwszy raz pokonywałem tę trasę (również w kierunku Pruszkowa). Wiadomo, najpierw mieszkanie trzeba wybrać, potem kupić i wyremontować więc już się ścieżki różne wtedy przeciera. A tu dziś od rana nogi się plączą, trudno wstać z łóżka i cukier do kawy znaleźć w dopiero rozpakowanych bagażach. No właśnie bagażach. Ale to słowo bardziej pasuje, gdy ktoś się wybiera w podróż niż gdy właśnie solidniejszy namiot w tej pielgrzymce życia rozbił. Dlatego picie kawy też jest dość ekscytujące w takich warunkach jakbym się gdzieś dalej wybierał. Na stacji ciąg dalszy niepewności - twarze zupełnie nowe, nieznane, inne od tych, które stoją na piastowskim peronie. Pociąg toczy się raz szybciej raz wolniej, gdy zdarza się, że maszynista włączy sygnał przed jakimś dzikim przejściem przez tory przypominają mi się słowaccy kolejarze, którzy dziesięć lat temu przepędzali zwierzęta z torowisk blokujących pociągi. Czy to jednak wydarzyło się naprawdę, może to były tylko żarty z naszych południowych sąsiadów? Ani przez moment nie doznaję dziś niechęci, podróż jest niezmiernie zajmująca choć trasa ta co zwykle. Książka, którą miałem czytać, leży odłożona na kolanach, różaniec także, a ja wpatruję się w okno. I dopiero po chwili uświadamiam sobie, że pokonuję tę trasę faktycznie po raz pierwszy, ponieważ po raz pierwszy opuszczam mieszkanie i Pruszków, jako swoje miejsce. Tożsamość - ta oś naszego indywidualnego bytowania przesunęła się, zmieniła się optyka, to już nie jest podróżowanie "do", ale "z". Tak też rzeczy w naszym życiu się odświeżają, stają się nowe. Pomyślmy jak wszystko odnowi się w prawdzie, gdy sam Bóg zapragnie zmienić oś naszego bytowania, ale już nie indywidualnego, po prostu - bytowania. Chciało by się dodać: Niech się stanie zanim człowiek zapuści zbyt korzenie zanim chwiejny namiot doczesności wyda mu się Ostatnią Przystanią.
tr


Komentarze
Pokaż komentarze (2)