Oto brytyjskie kuriozum. Drukarnia poszukuje pracownika. Zajęcie jest nieźle płatne, pracodawca ma renomę i prócz ludzkich warunków zatrudnienia oferuje też możliwość szybkich awansów i smakowitych podwyżek.
Rekrutację do drukarni prowadzi agencja – coś na kształt „łowców głów”. Odpowiednio dobrany, przesłuchany i sprawdzony kandydat na pracownika trafia na trzymiesięczny okres próbny do zakładu. Po jego szczęśliwym ukończeniu uwalnia się od opieki agencyjnej, przechodzi pod opiekuńcze skrzydła pracodawcy i otrzymuje stałą umowę o pracę na czas nieokreślony.
Jest jeden szkopuł – drukarnia zajmuje się produkcją fantów delikatnego a specjalnego przeznaczenia: kart kredytowych, kart chorobowych pacjentów NHS, wyciągów z kont bankowych, formularzy i druków policyjnych itp., itd.
W związku z tym historia życia kandydata do pracy, z ostatnich trzech lat, powinna zostać dokładnie prześwietlona i sprawdzona – i takie jest m.in. zadanie agencji, działającej w ścisłym porozumieniu z pracodawcą.
Oto polski imigrant Kokosiński, który wysłał swoją aplikację online. Już po godzinie otrzymał telefon od rekrutera agencyjnego. Rekruter był zachwycony doświadczeniem zawodowym Kokosińskiego, które idealnie wpasowywało się w wymagania szefów drukarni. Po kilkudziesięciominutowej pogawędce telefonicznej kandydat został poproszony o przygotowanie, w oparciu o tzw. checklist, pliku dokumentów przed planowanym interview w agencji.
Dokumenty miały zawierać informację potwierdzające jego tożsamość, prawo do pobytu i pracy w UK, National Insurance number, wykształcenie oraz rachunki i kwity potwierdzające obecny adres , historię pracy, historię miejsc zamieszkania, referencje, bank statements etc.
Kokosiński miał świetne CV i jeden feler: otóż zwolnił się z poprzedniego zakładu pracy 11 miesięcy wcześniej i w tym okresie nie posiadał regularnego zatrudnienia.
Imał się rozmaitych prac dorywczych, potwierdził certyfikatem swoje umiejętności językowe w szkole uznawanej przez brytyjskie instytucje rządowe, uzyskał brytyjskie świadectwo o niekaralności, odbył kurs, zdał egzamin i otrzymał tzw. Personal Licence uprawniającą go do otwarcia sklepu monopolowego i próbował rzeczony sklep otworzyć. Wskutek rozmaitych przeszkód losowych i paru niekompetentnych agentów od wynajmu lokali, musiał zarzucić pomysł o otwarciu własnego small biznesu i ponownie począł szukać regularnego zatrudnienia.
W ciągu 11 miesięcy Kokosiński nie zarejestrował się jak bezrobotny i nie pobierał zasiłków ani żadnych benefitów – w związku z tym nie posiadał żadnego urzędowego potwierdzenia swojego bezrobocia. Żył ze swoich oszczędności i próbował wprowadzić w życie plany tyczące własnej firemki z alkoholem.
Ten 11 miesięczny okres braku regularnego zatrudnienia wywołał pewien niepokój rekrutera z agencji – po wyjaśnieniach kandydata, popartych odpowiednimi kwitami, rekruter skontaktował się z szefami drukarni. Ci dali zielone światło do dalszej rekrutacji i sprawy poszły odpowiednim torem: Polak stawił się na interview w agencji i przeszedł je bez problemu a śpiewająco.
Następnym etapem miało być drugie i finalne interview przeprowadzane już bezpośrednio przez management drukarni. Polski imigrant czekał pełen nadziei na telefon z agencji określający datę spotkania. Telefon, owszem, zadzwonił, ale nowiny były kiepskie.
Otóż, ktoś w drukarni zmienił jednak zdanie i zażądał twardo jakiegokolwiek dokumentu z Job Centre (brytyjski urząd pracy), potwierdzającego, że Kokosiński był ich klientem na zasiłku lub pokrewnym beneficie w okresie owych 11 miesięcy.
- Nigdy nie było to moją intencją by żyć na zasiłku i kiedy zwalniałem się z poprzedniego miejsca pracy miałem mocno sprecyzowane plany związane z moją, własną działalnością gospodarczą – powiedział Kokosiński rozmawiając z rekruterem agencyjnym.
- Ja to rozumiem – odparł pracownik agencji – ale gdybyś pobierał zasiłki, to otrzymałbyś pracę w drukarni. Paradoksalnie, za niechęć wobec benefitów, zostałeś poddany restrykcjom i odstrzelony przez potencjalnego pracodawcę.
Polak, nim aplikował na stanowisko w drukarni, został przyjęty do pracy na jednym z lotnisk w dużym brytyjskim mieście. Tam też sprawdzano skrupulatnie jego przeszłość, ale okres braku regularnego zatrudnienia w czasie (odpowiednio: wtedy) ostatniego półrocza nie był żadną przeszkodą do podjęcia pracy. Dostał z biegu przepustkę uprawniającą do wstępu na objęte restrykcjami strefy lotniska. Pracy jednak, ostatecznie, nie podjął z przyczyn osobistych.
Reasumując:
służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo pasażerów w porcie lotnicznym nie dostrzegły w, odpowiednio udokumentowanym, bezrobociu Kokosińskiego zagrożenia dla zdrowia i życia podróżujących.
Szefowie drukarni uznali natomiast, że brak benefitów w życiorysie Kokosińskiego, w ciągu 11 miesięcy bezrobocia, stanowi wyjątkowe niebezpieczeństwo dla danych poufnych, które przechodzą przez maszyny drukarskie…
- Dostałbyś robotę gdybyś tylko brał zasiłki – tako rzecze pracownik agencyjny.
I koniec pieśni.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)