Rozmaici Polacy wracają do kraju z emigracji na Wyspach. I wracając, opowiadają, przy okazji, rozmaite bajki. Bajki biorą się, często gęsto, z poczucia własnej porażki i lęku przed reakcją otoczenia – imigranci boją się, po prostu, przyznać do własnego, życiowego falstartu. Bo dobrzy ludzie od razu przypną im łatkę nieudaczników – a to haniebne i smutne. I przygnębiające, jeśli weźmie się pod uwagę kolorowe media, co to krzyczą o ludziach sukcesu.
Wracający do kraju i na łono biednej rodziny Polak-imigrant, któremu nie wyszło na Wyspach, musi, zatem stworzyć sobie legendę, która uwiarygadnia jego rejteradę z kraju pełnego mleka i miodu i do tego, rejteradę bez pieniędzy. I sprzedaje on potem tą legendę, i inne baśnie pokrewne, członkom swojej rodziny – a oni, z kolei, sprzedają ją sąsiadom, ci zaś dalszym krewnym i tak dalej.
I tak tworzy się, mało kompatybilny z rzeczywistością, obraz tych, co to żyją w Zjednoczonym Królestwie. Wiem dobrze, co mówię, bo mieszkam tu już 10 lat. A wcześniej bywałem okazyjnie od 1991 roku, kiedy to wstęp do raju załatwiała nam wiza.
Tych, którym udało się przedrzeć na wyspiarski szczyt, lub w jego okolice, jest niewielu. Bardzo niewielu. Znakomita większość z nas wykonuje prace nisko płatne, ciężkie a siermiężne i słabo atrakcyjne wśród ludności tubylczej. Owszem, oszczędzić z wypłaty można – ale to za cenę dużych wyrzeczeń, spartańskich warunków życia i srogiego zaciskania pasa.
Prosta arytmetyka mówi nam wszystko: skoro przeciętny polski imigrant Kokosiński zarabia najniższą krajową brytyjską to… jest bardzo biedny. Najniższa stawka godzinowa to, aktualnie, £6.50 na godzinę. Przy 40 godzinach tygodniowo zarabiamy coś około £230, na rękę, w ciągu siedmiu dni, czyli £920 miesięcznie. Po przeliczeniu na złotówki są to krocie, ale w Anglii to, nic innego, jak tylko szlachetne zakończenie brytyjskiego łańcucha pokarmowego. Są to zarobki żebracze i upokarzające i nic dziwnego, że Brytyjczycy, nie chcą za takie pieniądze pracować. Bo za coś takiego nie da się żyć.
Ale imigrant Kokosińki daje radę. Pół biedy, jeśli firma oferuje godziny nadliczbowe, czyli tzw. overtime. Pracując jak wół, 60 czy 80 godzin tygodniowo, Kokosiński dorabia do biednej pensji.
Jeśli jednak firma nie daje zarobić na nadgodzinach to trzeba oszczędzać. Ile można oszczędzić z £920 miesięcznie? Sporo, jeśli całymi dniami żywimy się tylko marchwią po przecenach a ziemniaki bez omasty jemy, od święta, w niedzielę.
Konieczne są też oszczędności mieszkaniowe. Wynajem i kupno mieszkań i domów w Wielkiej Brytanii to zabawa dla bogatych – ceny są horrendalne. Kokosiński oszczędza zatem gwałtownie, stawiając na przeludnienie wynajmowanego lokum. W jednym domu mieszka z piętnastu polskich imigrantów a część z nich dzieli łóżka, bo na podłodze już dawno zabrakło miejsc. I śpią sobie dwa chłopy na jednym materacu, pierdząc na zmianę po taniej, puszkowanej fasoli z supermarketu ASDA. Kokosiński pracuje ponad siły, je poniżej normy i mieszka w opozycji do standardów. I po pewnym czasie zaczyna się łamać. No, bo ileż tak można i jak długo jeszcze da radę pociągnąć?
I pewnie, dlatego, przychodzi mu do głowy myśl o powrocie na łono ojczyzny. Pracę, jeśli nawet ją tam znajdzie, będzie miał bardzo biedną. Ale już pokój, przy rodzicach, będzie przynajmniej własny a łóżko niedzielone z niemytym współlokatorem.
I Kokosiński wraca. A po powrocie karmi najbliższych legendą powrotu, którą uprzednio przygotował sobie i sfabrykował w trakcie długiej podróży autokarem.
„pracowałem w londyńskim City i zarabiałem krocie. Ludzie mili i na poziomie, kobiety eleganckie a łatwe, kasa jak stąd do nieba a apartament mieszkaniowo-pobytowy w całości na koszt firmy. No, ale przeinwestowałem… Jedna chybiona transakcja bankowa i wszystko runęło. Najadłem się stresu, wypaliłem i dlatego wracam. Ale, normalnie, siedziałbym tam do końca świata – bo to raj. Bo to ziemia obiecana. Bo żyje się tam lekko a zarabia jeszcze łatwiej.”
I rodzina słucha. I współczuje. I zazdrości.
A legenda zaczyna krążyć po okolicy.
I tylko sam Kokosiński wie gdzie leży prawda.
A prawda jest równie prosta jak podstawowe równanie matematyczne: brytyjska stawka minimalna to stawka śmiertelna. Nie ma szans na godne życie.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)