0 obserwujących
273 notki
125k odsłon
  378   0

[f] Miłość nastolatków à la Donkin' Donuts

 

Smutnym paradoksem zabawnego i wizualnie wysmakowanego filmu "Kochankowie z Księżyca" jest fakt, że próbuje on dać wyraz cywilizacyjnej dolegliwości, jaką jest niedostatek i głód uczuć, samemu popełniając ciężki grzech, który leży u podstaw tej choroby (a może jest tylko objawem?) - grzech ubierania masek, ucieczki od mówienia o emocjach serio w farsę, zgrywę, wygłup. W amerykańskich sitcomach, tego rodzaju dezercję realizuje się za pomocą "slalomu uników" - każdą poważniejszą kwestię dialogową kontruje się od razu żartem i śmiechem z puszki. W "Kochankach z Księżyca" rejterada odbywa się na podobnej zasadzie, ale reżyser Wes Anderson przeprowadza ją w sposób bardziej jednolity i totalny, z użyciem wszystkich filmowych środków, począwszy od dialogów, przez scenografię, pracę kamery, po ścieżkę dźwiękową. Owo paradoksalne rozminięcie się celu z metodą znajduje ciekawe dopełnienie w recenzjach filmu, często śmiertelnie poważnych, pisanych z wykorzystaniem bogatej palety niebanalnych pojęć, tak jakby autorzy chcieli odkręcić całą tę maskaradę, pozbierać i na powrót dodać "Kochankom" to wszystko, co twórcy na własne życzenie pogubili. A czasem nawet dołożyć jeszcze więcej - coś, czego w prostej historii o miłości być nie może, czy to w wersji serio, czy wstydliwie chowającej głowę w konwencję błazenady.


Błazeńskiej stylistyce podporządkowane są w "Kochankach z Księżyca" wszystkie środki formalne. Dość powiedzieć, że nawet w nastoletnich głównych bohaterach, za fasadą kostiumu, charakteryzacji i sarkastycznych dialogów, trudno dojrzeć żywe postacie. To raczej tylko figurki. A przecież na temat samej historii, która im się przydarza, Anderson nie ironizuje, bajka o wyśnionej dziewczynie (Hayward), która niczym w piosence Myslovitz, zakochanemu w niej outsiderowi (Gilman) wybaczy wszystko i wszystko zrozumie, ma być odczytana wprost. Tym gwałtowniej jednak reżyser opędza się od sentymentalizmu i próbuje dusić go w zarodku, choć ostatecznie, nie całkiem mu się to udaje. Przyjęta konwencja farsy nie oznacza bynajmniej dla widza samych przykrości. Wypielęgnowane, centralne kadry, jak z wystawy w cukierni, pomysłowe, doskonale zmontowane ujęcia, emanujące "abstrakcyjnym" poczuciem humoru Andersona, konsumuje się z przyjemnością. Nie jest to, co prawda, tej miary satysfakcja, jak na seansie "Lśnienia" Kubricka, gdy perfekcja obrazu staje się nieodłącznym składnikiem narastającego napięcia, ani też tej klasy mistrzowskie budowanie groteski kamerą, jak u braci Coen. U Andersona zabawa obrazem niebezpiecznie przechyla się w stronę "kina konfekcyjnego", coraz bardziej modnego zresztą, w którym dekoracje, kostiumy, gadżety, bibeloty, cała filmowa "papeteria", stają się ekranowymi fetyszami i urastają do rangi osobnego bohatera. Najbardziej rozczarowuje jednak, i dziwi, że wobec tak dopieszczonej strony wizualnej, wiele scen pozostawiono bez dopracowanych dialogów i puent. Pod tym względem film jest bardzo nierówny. Obok błyskotliwie napisanych epizodów są i takie, gdy widzom rzednie mina.


Na tym jednak nie koniec listy skarg i zażaleń. Kompletnym niewypałem okazały się gwiazdorskie role dorosłych, choć przecież pomysł zatrudnienia tutaj hollywoodzkich tuzów wydawał się przedni. Murray, Willis, Swinton, Keitel mieli być pysznie zabawni, ale coś ewidentnie zawiodło - czy reżyseria, czy niedopracowane kontrakty, czy może katering. McDormand wręcz wygląda, jakby się na planie męczyła. Broni się tylko Norton w roli harcmistrza. Można dywagować, czy taka mizeria i "flauta" ekspresji w świecie dorosłych nie była efektem zamierzonym, lecz byłby to chyba już zbytek interpretacji. Tak czy owak - spodziewanej premii związanej z udziałem gwiazd nie dostajemy, a kto wie, czy mniej znani aktorzy nie sprawdziliby się na ich miejscu lepiej.


Wymieniwszy wszystkie wady filmu i jego błędy fundamentalne, mogę na koniec ze spokojnym sumieniem wystawić mu ocenę "niezły". "Kochankowie z Księżyca" nie mają startu do naszej Majki Skowron albo "Końca wakacji", ale przy całym zniesmaczeniu jego amerykańskim sznytem i słodkawym zapachem hipokryzji, muszę przyznać, że film Andersona rozśmieszył mnie wielokrotnie i ogólnie poprawił nastrój. Uczynił to zwłaszcza w finale pan w czerwonym paltociku (Balaban), przewodnik widza po bajkowym królestwie wschodzącego Księżyca.


- - - - -

Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom, reż. Wes Anderson, USA 2012   
 

 

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale