W ubiegłotygodniowym wydaniu "Plus Minus" (weekendowym dodatku do "Rz") pojawił się bardzo ciekawy artykuł Rafała Ziemkiewicza na temat ewentualnych możliwości zakończenia tzw.: "wojny polsko-polskiej" po zakończonych wyborach prezydenckich. Nie mam zamiaru robić teraz jakiegoś streszczenia, kto ma możliwość po prostu polecam lekturę. Padło tam jednak pewne stwierdzenie, cytuję: " Zbudowanie przez Tuska trwałej hegemonii dla wielkiego kartelu władzy (bo tym w istocie jest obecnie PO) jest w tej chwili bliższe niż kiedykolwiek."
Muszę przyznać, że do tej pory z pojęciem kartelu utożsamiałem przede wszystkim południowo-amerykańskie przestępcze kartele narkotykowe. Innym znaną strukturą, która często okręsla się mianem kartelu międzypaństwowego jest OPEC, zrzeszający państwa-eksporterów ropy naftowej. Działalność jakichkolwiek karteli w gospodarce jest prawnie zakazana w całej Unii Europejskiej, w USA i wielu innych państwach na świecie. Jak widać jest to sformułowanie o wydatnym ładunku pejoratywnym w celu określenia zjawiska niezwykle groźnego i szkodiwego. A teraz zastanówmy się czym PO, Platforma Obywatelska, partia, która w 2001 r. powstała pod szczytnymi hasłami "uwolnienia energii Polaków", budowy IV RP oraz eliminacji wszelkich patologii z życia publicznego i gospodarczego, sobie na to zasłużyła.
PO powstało jako stowarzyszenie z inicjatywy "trzech tenorów", z których obecnie pozostał jedynie twardy przywódca partii, premier Donald Tusk. Ś.p. Maciej Płażyński odszedł już w 2003. Do dziś nie jest jasne dlaczego tak się stało i z oczywistych powodów już raczej nie dowiemy się, ale sam Płażyński przyznawał, że już po dwóch latach od powstania PO odeszło od swoich założeń programowych, przeobrażając się w alienującą od problemów zwykłych ludzi platformę wspierania rożnych koterii i grup biznesowych. W 2005 r. w wyborach prezydenckich poparł ś.p. Lecha Kaczyńskiego, a w 2007 w wyborach parlamentranych uzyskał mandat z list PIS. Andrzej Olechowski odszedł z z PO formalnie dopeiro w 2009 r, ale zmarginalizowany przez Donalda Tuska został już o wiele wcześniej. Wielokrotnie podkreślał, że Tusk stworzył z PO partię wodzowską, zaprzeczenie pierwotnej inicjatywy, nie ukrywał również, że nieodpawiada mu idea IV RP. Platforma Obywatelska, jak wyznał Olechowski, w samej idei nie miała być od razu partią polityczną, miał to być szeroki ruch na bazie, którego powstaną think-tanki, kluby dyskusyjne, lokalne obywatelskie inicjatywy, a w późniejszym etapie partia polityczna, ale o innej nazwie i składzie. Nieco inaczej widział to od samego początku Donald Tusk. Jak przyznają anonimowo (wymowne bardzo), nieoficjalnie jego dawni i obecni współpracownicy marzył o tym, żeby odbić się po upokorzeniu jakiego doznał w 1993 r. wypadając ze swoim KLD z parlamentu i pełniąc drugoplanowe role w Unii Wolności (jako marszałek Senatu kadencji 1997-2001 zabrał głos 3, słownie trzy razy). Dokonując rozłamu w UW, zabrał swoich ludzi z dawnego KLD. Jednakże chęć powrotu do władzy nie była wówczas jeszcze tak silnie skorelowana z kunsztem PR'owskim i Tusk nie przykładał wagi do przyszytej mu łatki niezbyt bystrego, politycznego leniucha-outsidera. Poza ludźmi dawnego KLD, mniejszej części z UW, do PO przystąpili także ludzie z AWS, poza Płażyńskim, również Jan Rokita i dawny SKL.
Lata 2001-2005 to lata parlamentarnej opozycji dla PO (12 % poparcia w wyborach). Mimo pierwszych zgrzytów, w 2003 Donald Tusk został szefem PO. Twarzami byli Jan Rokita działający w komisji zwiazanej z aferą Rywina, twardo popierający korzystny system nicejski w UE ("Nicea albo śmierć") oraz Zyta Gilowska (w 2005 r. już w rządzie PIS) z podatkowym programem 3x15. Paweł Śpiewak (w 2007 r. już poza PO) wyszedł z inicjatywą porgramu IV RP zrywającej z postkomunistyczną i patologiczną III RP. Lustracja i dekomunizacja była głośno popierana i wyrażana (apel Tuska z mównicy sejmowej wzywający do ustąpienia premiera Belki co ma papiery w IPN). Popularności dodawały akcje typu 4xTAK, zbierające podpisy pod min.: likwidacją przywilejów władzy i wprowadzeniu jednomandatowych okręgów wyborczych. Wydawało się, że PO podąży w kierunku konserwatywnej prawicy z lekkim liberalizmem gospodarczym. Lekkim, bo sam Donald Tusk gorąco popierał powrót do finansowania służby zdrowia z budżetu państwa ("... ułatwi to kontrolę Sejmu nad publicznymi pieniędzmi..."). Droga ta miała zostać przebyta wspólnie z PIS i doprowadzić do odsunięcia od władzy skompromitowanej aferami SLD.
Przychodzi rok 2005, rok podwójnych wyborów. Rok będący swoistym punktem krytycznym dla PO. Wybory kończą się podwójnym zwycięstwem PIS. PO totalnie zmienia front, do głosu dochodzą ci politycy, którzy jak przyznają od zawsze byli przeciwni idei PO-PISu. To wtedy powstają podwaliny pod wspomniany kartel władzy, który doprowadzi PO do władzy totalnej w 2010 r. PO początkowo niezbyt entuzjastycznie, ale jednak staje się ugrupowaniem, które będzie reprezentantem środowisk przeciwko którym samo jeszcze niedawno walczyło. Układ, szara sieć, sitwa, salon przeróżnych określeń używali min.: Jarosław Kaczyński czy Jan Rokita do opisania pewnej zmowy. Zmowy dawnej nomenklatury partyjnej PZPR, byłych oficerów SB i innych służb (min.: dawnego WSI), korporacji zawodowych reglamentujących dostęp i możliwe awanse (tu prym wiodą korporacje prawnicze, sędziowskie), urzędników administracji państwowej, biznesu związanego z władzą oraz części świata mediów. Oczywiście wymienione środowiska wzajemnie przenikały się i nie działały jak to wymyślają sobie różni szydercy, w postaci centralnie zarządzanego przedsiębiorstwa z ustalonym zarządem. Działały niezależnie, podświadomie wyczuwając wzajemny interes, propagowały się i zatruwały tym samym inne np.: lokalne środowiska. Naturalnie od roku 2005 wiele się zmieniło w tej kwestii, PIS powołał CBA i rozwiązał WSI (PO jeszcze wtedy popierało te inicjatywy, poza obecnym prezydentem-elektem Komorowskim). Jednakże wszystkie strony wspomnianej zmowy zrozumiały, że ich dążenie do stworzenia panującej na wieki koalicji "ponad historycznymi podziałami" na kształt SLD-UW jest już niemożliwe. Zrozumiały, że bez znalezienia nowej siły politycznej za plecami której można by się schować musiałby albo przestać funkcjonować (jak WSI) albo wrócić do działania dla jakiego zostały powołane i służyć interesom ludzi i państwa. PO-PIS dawał szansę na zmianę konstytucji, która petryfikuje wszelkiego rodzaju patologie (min.: korporacyjne, co skrzętnie wykorzystał Trybunał Konstytucyjny), dawał szansę na niezbędne reformy, przeprowadzone w formie akceptowalnej dla zdecydowanej większości społeczeństwa, dawał szansę na przełamanie zmowy i zakończeniu żywota kartelu władzy.
Zasadniczo istnieją dwie hipotezy wycofania się Donalda Tuska z koalicji PO-PIS. Jedna głosi, że obawiał się iż PO może utracić popularność na rzecz PIS i stać się takim, przyjmując analogię niemiecką FDP, z maks. kilkunastoprocentowym poparciem przy "wielkim" PIS czyli CDU-CSU. Z drugiej strony PO wraz z PIS zakładały właśnie mniej więcej taki podział ról w koalicji, sprawy gospodarcze dla PO przy takim konserwatywnym i społecznym policjancie i kontrolerze PIS. Druga hipoteza z kolei stwierdza, iż Tusk od samego początku marzył o niepodzielnej władzy i zaprzysiągł sobie, że nigdy już nie powtórzy się 1993 rok, czego zwiastunami miały być pewne siebie wyborcze plakaty: "Prezydent Tusk z Gdańska" oraz "Premier Rokita z Krakowa" (w 2007 r. już poza PO). Jak by na to jednak nie patrzeć nie przystąpienie do koalicji z PIS było jednoznaczne z wcześniejszym bądź późniejszym przystąpieniem do zmowy (jak widać inklinacje przewidział Maciej Płażyński). Wersji o niepowstaniu koalicji z winy PIS nie podzielam, wszystkie ówczesne fakty potwierdzają, że główny oficjalny pretekst dla PO to był brak głównych stanowisk w tzw. resortach bezpieczeństwa (patrz wobec tego odniesienie do hipotezy pierwszej).
Kartel na czele, którego stanął Donald Tusk by walczyć o zwycięstwo w 2007 r. ciągle jeszcze jednak potrzebował jakiegoś spoiwa. Nie mogło być to absolutnie spoiwo merytoryczne czy programowe ważne dla PO przed 2005 r. Spoiwem stała się rozpętana agresja i nagonka przeciwko PIS i braciom Kaczyńskim, wojna polsko-polska. PIS i Kaczyńscy oczywiście nie pozostawali dłużni, ale ich odpowiedzi były zachowane w narzuconej stylistyce.
Wszystko jak na razie układa się po myśli kartelu władzy, który pod przywództwem PO i Donalda Tuska, od 2007 r. seryjnie wygrywa wszystkie wybory. Po wygranych wyborach parlamentarnych celem stało się już nie tylko odsunięcie od władzy PIS, ale "dorżnięcie watahy" (jak to ujął Radek Sikorski) od prezydenta Lecha Kaczyńskiego poczynając. Wszystkich rozemocjonowanych od razu oblewam kubłem zimnej wody - nie nie chodzi mi o to, że Tusk z Putinem podłożyli bombę czy siedzieli na gałęzi tej feralnej brzozy z piłą mechaniczną uszkadzając skrzydło samolotu. Chodzi mi o atmosferę, która nakręcała spiralę nienawiści od wybryków Palikota po zabieranie samolotu i umniejszanie, kwestionowanie roli Lecha Kaczyńskiego na każdym kroku, po nieszczęsna wizytę w Smoleńsku włącznie. Kartel wymyślił sobie, że w ten sposób wygra wybory prezydenckie i dobije PIS, a, że przy okazji daje się rozgrywać premierowi Rosji Putinowi jak dziecko ? Trudno. Skończyło się tragicznie, ale prezydentura, choć z dużymi kłopotami, to jednak została odzyskana. W tym kontekście zupełnie inaczej brzmią słowa Jarosława Kaczyńskiego z wywiadu dla Gazety Polskiej, do których w mojej opinii ma pełne prawo i o których uprzedzał min.: w drugiej debacie prezydenckiej, że do sprawy wróci. Wbrew ostatnim medialnym kłamstwom jakoby "oszukał" czy "dał sygnał do ataku" (słowa Palikota dzień po wyborach atakiem oczywiście nie były).
Apetyt kartelu władzy powoli, ale systematycznie rośnie. Aferę hazardową przewodniczący komisji śledczej Mirosław Sekuła uznaje za sukces PO w walce z patologiami CBA. Zeznania wszystkich ludzi z PO z Tuskiem na czele uznał za ezoterycznie, z definicji wiarygodne, bo PO to wiarygodność, a wiarygodność to PO. Na tym oparł resztę "ustaleń faktycznych". Wątpliwości za to widzi w zeznaniach Kaczyńskiego i ś.p. Gosiewskiego. Premier Tusk w 2009 roku, tuż po wybuchu afery hazardowej, bezprawnie usunął z CBA jej szefa Mariusza Kamińskiego. Powoływał się przy tym na rzekome zarzuty, które "lada dzień" zostaną postawione Kamińskiemu w sprawie nieprawidłowości przy rozpracowywaniu afery gruntowej. Zarzutów jak nie było tak nie ma do dziś, lecz w między czasie wyrzucono prokurator prowadzącą postępowanie (bo powiedziała, że podstaw do postawienia po prostu nie ma). Nowy prokurator, rzekomo już pod rządami niezależnej prokuratury Andrzeja Seremeta, na dwa dni przed II turą wyborów ogłosił, że zamierza zamknąć sprawę i postawić Kamińskiego zarzuty. Wybory się zakończyły, a ów nieszczęsny prokurator podał się do dymisji. Tak funkcjonująca prokuratura prowadzi (?) również śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej. Jak to mawiają, nomen omen, Rosjanie: "i śmieszno i straszno".
Ciągle mam nadzieję, że Donald Tusk przemyśli cale swoje dotychczasowe postępowanie i przetnie w końcu ten kartel władzy, nawet za cenę odrzucenia. Jak wspomniałem na początku, kartele są zakazane, a ich uczestnicy nierzadko trafiają w końcu w pewne miejsca ... odosobnienia.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)