1.
Historia współczesnego Hioba na kilkunastu obrazkach komiksu. Przyznam, że przeglądając świąteczny Duży Format z "Wybiórczej" (nie kupuję, więc z pewnym opóźnieniem) byłem pod wielkim wrażeniem. Na dwóch stronach opowiedziana historia prof. Tadeusza Gadacza. Bliski współpracownik ks. Tischnera i prowincjał pijarów był - jak wspomina w komiksie - "takim kartezjańskim cogito i chodzącym imperatywem moralnym". Jednak pewnego dnia - jak wyznaje - "przytuliłem ją i odkrył się zupełnie inny świat".
Gadacz porzucił stan kapłański, ożenił się. I wtedy... W dniu narodzin pierwszego dziecka: "urwałem przekładGwiazdy Zbawienia Franza Rosenzwaiga na biblijnym wezwaniu żony Hioba:przeklnij go i umieraj!". Synek zmarł po kilku godzinach. Po dwóch latach urodziła się córeczka, która zmarła po pół roku "w straszliwych cierpieniach". A profesor dokończył przekład i poróżnił się z Bogiem. Kto nie widział, niech zajrzy w archiwum (DL z 24 grudnia, tego nie ma w necie, niestety).
2.
Historię na swój sposób skomentowała Magdalena Środa,zniesmaczona że Gadacz opowiada tylko o swoim cierpieniu, zapominając o matce dzieci. Napisała: Kim była ta kobieta, z którą Gadacz się przyjaźnił i o której mówi "matka mojego syna", tak jakby była wyłącznie jakąś funkcją, a nie osobą. Co łączyło ją z wielkim profesorem? Czy jest ona jakąś żyjącą i czującą istotą, czy tylko bożym instrumentem doświadczającym bohatera? Wiemy, że miała ciało, bo pozwoliła się dotykać, dzięki czemu profesor przebudował swą wizję chrześcijaństwa. Rodziła mu dzieci "z przyjaźni", by potem rozpłynąć się we mgle? Może Hiob, który tak szczerze mówi o swoich intymnych doświadczeniach z panem Bogiem, uczłowieczyłby swoją żonę i pokazał, że był ktoś, kto nie tylko dzielił z nim jego cierpienie, ale cierpiał okrutniej, bo nie mógł zagłuszyć tego stanu tłumaczeniem Rosenzwiega i wcielaniem się w postać pracowitego Hioba?
3.
W poniedziałkowej "Wyborczej" odpowiedział Środzie Jacek Żakowski: Gadacz wygłosił wstrząsający tren. Złożył hołd swoim zmarłym dzieciom i kobiecie, której zawdzięcza to, że wyrwał się z emocjonalnej pustki chodzącego "kartezjańskiego cogito". Dzieląc się swoim doświadczeniem, dał wsparcie innym doświadczającym okrucieństwa losu. A prof. Środa przywaliła mu z feministycznego glana w sam środek otwartej przed nami rany.
Upomniawszy się o kobietę i matkę, prof. Środa upomniała się też o życzliwych. Ktoś przecież Gadaczowi pomógł lub pozwolił ułożyć życie na nowo. Ale to już tylko pytanie dodatkowe. Jak się powalonego przez los i po iluś latach podnoszącego głowę walnie z glana w czaszkę, dobrze jest mu jeszcze skoczyć na śledzionę. Żeby się już nie ruszył.
Mocne. Słuszne.
4.
Ale niestety, Jacek Żakowski nie byłby sobą, gdyby w swoim tekście nie przemycił swoich stałych myśli i skojarzeń. Nazwał feminizm ruchem emancypacyjnym, który jak inne wielkie emancypacje (religijne, stanowe, narodowe, klasowe, rasowe) wyrastały z buntu przeciw niesprawiedliwościom i okrucieństwom losu, a potem same tworzyły nowe niesprawiedliwości i nowe okrucieństwa.
I tutaj następuje Żakowski w tzw. pełnym rozkwicie: Okrucieństwa nowoczesnych społeczeństw - od gilotyny po gułag, islamski terroryzm i pisowską lustrację - były ubocznym produktem wielkich emancypacji. Gilotyna obcinająca głowy, miliony trupów Gułagu, samobójcy rozrywający flaki własne i niewinnych ofiar i PiS, wszystko w jednym rzędzie. Tu Hiob, Biblia, feminizm, a tam lustracyjni siepacze Kaczyńskiego...
No cóż, jak widać Żakowskiemu zawsze i wszędzie okrucieństwo kojarzy się z jednym. Prawda, że ładne?


Komentarze
Pokaż komentarze (22)