Niewykluczone. Jak donosi "The Economist" już od jesieni brytyjski premier prowadzi dyskretny lobbing za umieszczeniem bazy z rakietami przechwytującymi na terytorium Wielkiej Brytanii. Podobno miał o tym osobiście rozmawiać z Bushem. To miałby być ostry akcent na koniec 10-letniego premierostwa i sposób na jeszcze trwalsze powiązanie Brytanii z Ameryką.
Brytyjski tygodnik przytacza argumenty, które mogłyby przeważyć za wyborem Wielkiej Brytanii i porzuceniem polskiej lokalizacji:
1) przede wszystkim Rosja - łatwiej jej będzie zaakceptować amerykański system w Brytanii niż w Polsce;
2) przyjacielskie stosunki Blaira i Busha (to może być rekompensata dla najwierniejszego sojusznika Waszyngtonu, za co premier Tony jest nazywany przez nieżyczliwych "pudlem Busha");
3) geografia: antyrakiety wystrzeliwane z Wlk. Brytanii trafiałyby w rakiety z takiej Korei Północnej czy Iranu w najbardziej dogodnej do tego typu operacji środkowej fazie lotu. Dodatkowo częścią systemu antyrakietowej tarczy jest system wczesnego ostrzegania w Fylingdales, zmodernizowany w 2003 r. za ... amerykańskie pieniądze. A dyplomaci NATO zostali poinformowani, że Wlk. Brytania pragnie dalej wspólpracować przy rozbudowie systemu.
Trzeba przyznać mocne argumenty. Chyba, że - czego też nie można wykluczyć - to tylko zmyłka, mająca na celu rozmiękczenie Polaków i zmuszenie nas do podjęcia decyzji na łapu-capu. Ostatecznie Blair musiałby pokonać wielki opór brytyjskiego społeczeństwa, które może niechętnie patrzeć na dalsze zacieśnianie związków z Ameryką od tego wstrętnego Busha. Ostatecznie obóz wyznający zasadę "potępiamy wszystko to, na czym zależy Bushowi" jest tam równie silny jak w Niemczech czy we Francji.
Gdyby przypadkiem artykuł wpadł w ręce Prezydenta czy Premiera RP (choć to wątpliwe, bo w poprzednim numerze ukazał się rzekomo "haniebny" artykuł o Polsce), powinien dać do myślenia, czy nie nazbyt pochopnie pozbyli się z rządu Radka Sikorskiego. Znający anglosaską mentalność i sztukę dyplomacji, z kontaktami po obu stronach oceanu, biegle mówiący po angielsku - takiego negocjatora w sprawie tarczy nam potrzeba. Ale po dymisji Sikorskiego, takiego negocjatora - dodatkowo twardego, gdy trzeba - nie ma.
Oczywiście nie ma sytuacji bez wyjścia. Może wystarczyłby telofon do senatora z Bydgoszczy i powierzenie mu nowej misji. Może jest ktoś inny, bardziej bieglejszy, choć działający w cieniu. Może w końcu sam premier negocjuje i to negocjucje ostro. Oby. Najgorsze byłoby w tym wszystkim, abyśmy nie negocjowali wcale i brali antyrakietową tarczę jak przysłowiowego kota w worku. Z drugiej strony widać - jeśli artykuł w "The Economist" to nie podpucha - że na ten kąsek ma ochotę gracz z pierwszej, światowej ligi.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)