IPN wydał właśnie książkę "Powstanie Warszawskie 1944 w dokumentach z archiwów służb specjalnych". Na prawie 1400 stronach (z czego połowa to rosyjskie tłumaczenie) dokumenty niemieckie i sowieckie z procesów przeciwko zbrodniarzom.
Zwracają uwagę meldunki i protokoły przesłuchań powstańców stworzone w komandzie policji bezpieczeństwa SS (Einsatzkommando) przy grupie bojowej Reinefarth (Kampfgruppe Reinefarth). Oddziały Reinefartha brały udział w pacyfikacji Woli, Starówki, Powiśla i Czerniakowa, zabijając i mordując kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Z meldunków konfidentów, informatorów ale także przesłuchiwanych powstańców wynika ogromna wiedza Niemców na temat postoju sztabów AK, magazynów i ujęć wody, a także innych obiektów ważnych dla walczących. No i jeszcze jedno: przesłuchanych powstańców przeznacza się do "specjalnego potraktowania" - taki eufemizm na rozstrzelanie.
Najbardziej uderza jednak niemiecka skrupulatność. Oto w raporcie z 20 sierpnia, obok informacji o zatrzymaniu 800 osób w ciągu ostatniego tygodnia ("przepytano pobieżnie ok. 140 osób, przesłuchano ok. 30, najważniejsze osoby z tego kręgu zostały przekazane z protokołami przesłuchań") i spaleniu ok. 200 zwłok, pojawiły sie następujace zapisy: "3 opony samochodowe - oddano do rezerwy transportowej" oraz "2 rowery - do tutejszej dyspozycji".
W raporcie z 6 września, obok informacji o znalezieniu kilku ciężko rannych powstańców, którzy po krótkim przesłuchaniu "zostali na miejscu rozstrzelani i spaleni", znajdujemy wzmiankę o "znalezieniu trzech bardzo wartościowych aparatów - w tym jednego mikroskopu medycznego - i za pokwitowaniem oddano". Jak ważne to było wydarzenie świadczy fakt, że funkcjonariusz Einsatzkommando obok zwykłych obowiązków (przesłuchania, rozstrzeliwanie) znalazł czas na sporządzenie 12 września jeszcze jednego raportu, w którym pisze: "przekazuję:a) mikroskop medyczny, b) buteleczkę rtęci z prośbą o przyjęcie i dalsze zadysponowanie".
Jest też dramatyczny raport SS-manów z 10 września "ogień piechoty powstańców ostrzelał furmankę kierowaną przez SS Hauptscharfuhrera Beese, tuż przed dotarciem do stanowiska bojowego. Koń został trafiony w nogę (lewą), tak więc prawdopodobnie trzeba będzie go zabić".
Ot, niemiecka skrupulatność... Ale może jest w tym metoda? Bo jeśli konia musieli dobić, to dzielnemu wojakowi Beese należy się jednak odszkodowanie za ciężkie warunki pracy...



Komentarze
Pokaż komentarze (9)