0 obserwujących
40 notek
28k odsłon
  560   0

Czy Balcerowicz maczał w tym palce?

Jest paradoksem, że ustawę kładącą podwaliny pod prawdziwie wolny rynek w Polsce wdrożyli ludzie z PZPR: Mieczysław Wilczek i Mieczysław Rakowski. Zrobili to w 1989 roku opracowując ustawę o działalności gospodarczej, którą w październiku tamtego roku przyjął sejm. Co było w niej rewolucyjnego?

Po prostu pozwalała każdemu na równych prawach prowadzić działalność gospodarczą, a prawo nad własnością przejmowali Polacy. Liczyła tylko 54 artykuły, a koncesje obowiązywały tylko w 11 dziedzinach jakie wymieniono w tej ustawie.  Państwo rezerwowało sobie m.in. koncesjonowanie dziedzin które zawierały ryzyko sprowadzenia powszechnego niebezpieczeństwa jak np. obrót bronią, amunicją, materiałami wybuchowymi, hurtowy obrót lekarstwami czy także wydobywania kopalin, obrotu wyrobami spirytusowymi, prowadzenie agencji celnych i detektywistycznych czy obrót metalami i kamieniami szlachetnymi. Po dziesięciu latach od tamtej ustawy koncesje i im podobne zostały przywrócone w 202 obszarach działalności gospodarczej. Obecnie koncesje, licencje, zezwolenia czy dopuszczenia obowiązują już 765 dziedzinach! (jak wyliczyli eksperci NBP), a ustawa na ten sam temat z roku 2004 zawiera już 111 artykułów. Socjalizm i koncesjonowanie gospodarki przywrócono i co jest kolejnym paradoksem zrobiły to rządy pookrągłostołowe, w tym tzw. solidarnościowe, mieniące się, zupełnie niesłusznie, prawicowymi. Mówienie więc o jakiejkolwiek prawicy w rządach pookrągłostołowych jest mówieniem nieprawdy. Nikt od Bieleckiego po Balcerowicza nie zabiegał by przynajmniej utrzymać ówczesną ustawę.

Po latach gospodarki centralnie planowanej oraz zakazie wolnej przedsiębiorczości ustawa o działalności gospodarczej pozwalała każdemu swobodnie rozpocząć własną działalność bez uciążliwego fiskalizmu i ucisku biurokratycznego. Efekty były widoczne gołym okiem. Nasz PKB rósł z roku na rok 1992 – 2,6%; 1993 – 3,8%; 1994 – 5,2%; 1995 – 7%; 1996 – 6,2%; by 1997 stanąć na poziomie 7,1 procent. Jak do tej pory w historii naszej gospodarki po 1989 roku był to okres najbardziej żywiołowego rozwoju. Co ciekawe – o zgrozo – nie byliśmy wówczas w żadnej Unii i żadnemu szamanowi nie śniło się jeszcze euro. Czy komuś przeszkadzał taki rozwój? Najwyraźniej tak, gdyż już w tym samym roku 1997 zaczęło się tzw. chłodzenie gospodarki. Chłodzenie gospodarki zaczęło się już trochę wcześniej lecz człowiekiem który najmocniej wcielił to w życie był Leszek Balcerowicz (w przeszłości członek PZPR, uważany – czy słusznie? – za dobroczyńcę naszych przemian gospodarczych). Od tego roku Balcerowicz który objął tekę ministra finansów i wicepremiera w rządzie Jerzego Buzka, zaczął systematycznie chłodzić naszą gospodarkę, która -jak tłumaczył – jest przegrzana, a „schładzanie”  miało zapobiec kryzysowi. (Nadwyżka importu nad eksportem była olbrzymia). Politycy to kupili i zaakceptowali. Jest rzeczą ciekawą, że był to czas kiedy wchodziliśmy na tzw. drogę negocjacyjną w kierunku członkostwa w Unii Europejskiej. Negocjacje członkowskie zaczęły się na dobre w 1998 roku właśnie w czasie chłodzenia gospodarki przez Balcerowicza i trwały 6 lat. To właśnie w tym roku rozpoczęto tzw. screening, czyli analizę porównawczą prawa polskiego z prawem unijnym. Co było skutkiem "wyziębiania" przez wicepremiera gospodarki? Nasz PKB zaczął systematycznie spadać: 1998 – 5%; 1999 – 4,5%; 2000 – 4,2% by w 2001 i 2002 zaliczyć nieco ponad 1%. Co działo się z bezrobociem w latach przed referendum 2004 roku? Systematycznie rosło: 1999 – 2 349 805 bezrobotnych; 2000 – 2 702 576 - 16,1% bezrobotnych; 2001 – 3 115 056 - 18,2% bezrobotnych by w 2002 i 2003 tuż przed referendum akcesyjnym sięgnąć 20%. W Polsce było wówczas ponad 3 200 000 bezrobotnych.

Początkowe lata 2000 to okres który przeorał polską świadomość. Ordynarna i manipulowana propaganda kierowana przez różnorakie ośrodki wpływu w Polsce, kazała Polakom przestawić świadomość na zaakceptowanie naszej drogi do Unii Europejskiej i do pozostania jej członkiem. Nie przebierano w środkach, a kwoty przeznaczone na kampanie unijną rosły w dziesiątki czy setki milionów złotych. Czy aby jedną z metod przekonywania Polaków do wejścia do Unii nie był argument wzrostu gospodarczego i obietnice znalezienia pracy w Unii? W czasach kiedy wzrost PKB ledwo przekraczał 1 procent (błąd statystyczny wynosi 3 procent), kiedy bezrobocie przekraczało 20% a bez pracy pozostawało ponad 3 mln osób i nie było perspektyw na wyjście z sytuacji proste hasła cywilizacyjnej szany w Unii wsiąkały jak woda w gąbkę. Czy nie najlepszym argumentem za wejściem do Unii był argument swobodnej pracy w krajach zachodnich i ćmienie ludzi, że nasze wejście do struktur Unii podniesie nasze PKB i kraj rozkwitnie? Czy nie idealnie trafiało to nie tylko w Polskie kompleksy ale i w nadzieję lepszego jutra i lepszego życia jako członka Unii? To są pytania na które być może warto odpowiedzieć. Czy chłodzenie gospodarki nie było zabiegiem zamierzonym, który miał na celu doprowadzić ją do stanu dogorywania przez co tłumy bezrobotnych siłą rzeczy miały zagłosować na „Tak” – by znaleźć pracę i lepszą przyszłość w Unii? Czy nie była to manipulacja i nie chodziło także o elektorat bezrobotnych? Być może to tylko zbieg okoliczności ale jeśli nie?

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale