Radosław Sikorski szef resortu spraw zagranicznych w najlepszym rządzie wszech czasów w swej nieskończonej dobroci raczył udzielić nam prostaczkom, nie mającym dostępu do annałów mądrości wszelakiej lekcji prawa konstytucyjnego. Jak to już drzewiej bywało stało się przy okazji kolejnego jego zadrażnienia z prezydentem Lechem Kaczyńskim. I jak to już też kiedyś bywało Wielki Minister Sikorski przetarł nowe drogi, którymi konstytucjonalizm POlski POdążać będzie.
Imć Radosław Sikorski raczył był wypowiedzieć takie nowatorskie tezy, że: „Pełnienie funkcji głowy państwa to nie to samo co sprawowanie władzy wykonawczej”, a także że: „Konstytucja wręcz mówi, że to prezydent współpracuje z ministrem spraw zagranicznych, a nie na odwrót”.
Wielcem zadziwon był czytając te słowa i rad bylem, że wiedzę nową, nabyłem, niczym po lekturze zacnych „Nowych Aten” wielce wzbogacon umysł mój został...
Zmieniając teraz ton na nieco poważniejszy, to po prostu ręce opadają, że szef dyplomacji kolejny raz urządza sobie publiczny konflikt z głową państwa, dokonując takiej interpretacji Konstytucji, która nie tylko jest nieprawidłowa, ale świadczy o gigantycznym natężeniu złej woli interpretującego. Niewątpliwie obecna Konstytucja, która momentami jest „przegadana” i regulująca kwestie bardzo szczegółowo (to pewnie pamiątka po sławnych, równie nowatorskich co te Sikorskiego, „wykładniach” prof. Lecha Falandysza) w kwestii rozgraniczenia uprawnień rządu i głowy państwa jest zadziwiająco lakoniczna i niejednoznaczna.
Niemniej to co wygaduje Sikorski zasługuje na uwagę, co wcale nie znaczy, że Sikorski i jego tezy trafią do podręczników i publikacji prawa konstytucyjnego w pozytywnym kontekście. Sikorski z sobie znanych powodów wykluczył prezydenta z grona władzy wykonawczej, raczył był także porównać uregulowania prawne w zakresie kompetencji głowy państwa do kompetencji monarchy brytyjskiego. Faktem jest, że ustawa zasadnicza za wielkiej władzy prezydentowi nie daje.
Ale sam fakt, że ktoś porównuje wyłącznie wynikającą z tradycji instytucję monarchy w Wielkiej Brytanii, pozbawionego na mocy raczej zwyczaju (w końcu formalnie monarcha ma np. prawo sankcji – nie mylić z prawem weta, choć to trochę podobne – wobec ustaw, tylko od dokładnie 301 lat z niego nie korzysta) niż wielu faktycznych przepisów brytyjskiej materialnej konstytucji praktycznie wszelkiej władzy do prezydenta RP (mającego jednak przydzielone przez Konstytucję swoje „poletko” władzy), świadczy albo o bardzo znikomej wiedzy w tym zakresie albo ogromnej niechęci by nie użyć innego słowa do obecnego prezydenta RP.
Zinterpretowanie zapisu art. 133 ust. 3 Konstytucji, jako swoistej „podległości” prezydenta ministrowi spraw zagranicznych i rzekomo wprowadzającego wyłącznie jednostronny obowiązek współdziałania (czyli rząd nie musi z prezydentem niczego uzgadniać ani nawet informować go o czymkolwiek) to prostu zapowiedź, że obecna ekipa nie ma za wiele hamulców (o ile je w ogóle ma) w zawłaszczaniu władzy i wywoływaniu konfliktów z prezydentem.
Jako skandal należy określić fakt, że informuje się głowę państwa o spotkaniu z ministrem Białorusi na dzień przed tym spotkaniem (chyba, że to spotkanie zostało umówione w trybie nagłym, wówczas to co innego). Sam fakt, że Sikorski spotkał się akurat w takim momencie z nim gwoli sprawiedliwości należy ocenić bardzo pozytywnie, pewnie Ławrow k...ami rzucał strasznie...
Każdy organ władzy ma mniej lub bardziej skrywaną chęć do interpretacji przepisów tak, by z nich wynikał jak największy zakres władzy dla niego (nie jest od tego również wolny obecny prezydent). Również wielce prawdopodobnym jest, że znajdzie się profesor, który podąży ścieżką, jaką wytyczył ów wspomniany wyżej profesor i opowie w TV, radiu itp. o rzekomych „podstawach prawnych” dla takiego działania.
A te wywoływane konflikty, w sytuacji realnego zagrożenia zewnętrznego, gdy jedno z państw sąsiednich demonstracyjnie neguje istniejący porządek w Europie, niepodległość i integralność terytorialną swoich sąsiadów (Gruzja – obija się czkawką Kosowo, które Sikorski i Tusk tak ochoczo uznali) i występuje niemal otwarcie z roszczeniami terytorialnymi wobec niektórych z nich (choćby Krym), ingeruje w wewnętrzne sprawy innych państw (konflikt z Estonią w sprawie przeniesienia pomnika) i praktycznie raz w tygodniu grozi Polsce atakiem, w tym także nuklearnym to dowód, że w walce o władzę o stołek prezydenta dla Tuska (swoją drogą, czemu on chce objąć urząd z mniejszymi kompetencjami, niż ma teraz, błogie nieróbstwo mu się marzy?) albo o reelekcję obecnego prezydenta takie duperele jak dobro kraju i racja stanu czasami niewiele znaczą...



Komentarze
Pokaż komentarze (20)