A wszystko – rzecz prosta – przez lustrację...
A może jest w tym jakaś prawidłowość? Jak nas przekonują historycy, chwile kryzysów społecznych obfitują w przeróżne zadziwiające fenomeny religijne, biczownicy – dajmy na to – łączeni są z epidemią Czarnej Śmierci. Nie, no oczywiście, nie spodziewam się, że po ulicach polskich miast zaczną snuć się pochody biczowników smagających się w intencji oddalenia Bicza Bożego w postaci lustracji (a tym bardziej nie spodziewam się pochodów skruszonych TW). Ale tego i owego się spodziewam. Nie zaskoczyłaby mnie – na przykład – jakaś antylustracyjna interpretacja Apokalipsy św. Jana (1). Mirosław Czech, w każdym bądź razie, jest zdaje się na dobrej drodze ku temu dziełu...
1) Nie ma takiej rzeczy, której nie dałoby się z Apokalipsy wyinterpretatować, lustracja nie jest tu wyjątkiem. Weźmy coś takiego – o otwieraniu archiwów:
„I ujrzałem:
gdy Baranek otworzył pierwszą z siedmiu
pieczęci,
usłyszałem pierwsze z czterech Zwierząt
mówiące
jakby głosem grzmotu:
„Przyjdź!”
I ujrzałem:
oto biały koń
a siedzący na nim miał łuk
i wyruszył jako zwycięzca, by jeszcze zwyciężać”
Albo – o TW „naznaczonych” współpracą z bezpieką:
„I usłyszałem liczbę opieczętowanych:
sto czterdzieści tysięcy opieczętowanych
ze wszystkich pokoleń synów Izraela:
z pokolenia Judy dwanaście tysięcy opieczętowanych
z pokolenia Rubena dwanaście tysięcy”
itd., itd.
Pasuje? Pasuje! Mirosławie Czechu – do dzieła!
(fragmenty Apokalipsy za Biblią Tysiąclecia)


Komentarze
Pokaż komentarze