Każdy dietetyk powie, że jesteśmy tym, co jemy. Zapewne podobną teorię można skonstruować o strawie duchowej. Wszystko, co oglądamy, słuchamy, czytamy ma wpływ na nas. Czasami świadomy, ale najczęściej nie. I w tym problem. Przekopując media w poszukiwaniu informacji karmimy się papką, przy której kebab na Dworcu Centralnym w Warszawie jest niczym ambrozja z Olimpu.
Czy jednooki byłby królem w krainie ślepców? Podczas sobotniej dyskusji ze znajomym na mój argument, że państwa polskiego już praktycznie nie ma (bo organizacja o nazwie “Rzeczpospolita Polska” przestało spełniać obowiązki) dostaje odpowiedź, że wokoło jest podobnie. Można obrócić nieco kota ogonem i założyć, że jeśli mój dom jest w ruinie, to nie ma się, czym przejmować, bo wokoło stoją sobie inne rudery i jakoś się trzymają pomimo wiatrów i burz (Jak długo?). Jest to argument, jaki słyszę ciągle wokoło - bo tak jest na całym świecie, bo co na to “ełropa”, tak nie można myśleć, bo nie i już. Ludzie inteligentni rzucają hasłami “Jak nie Unia to Białoruś” niczym psy Pawłowa. Matriks bez tabletki na przeczyszczenie?
Jaką więc mamy gwarancję, że w pewnym momencie nasz mózg nie wytrzyma presji medialnej w wojnie u umysły i padnie jak bank Lehman Brothers zgodnie z teorią o tysiącu kłamstw? Moim zdaniem żadnej. Można niczym Józef Oleksy dużo czytać i odświeżać umysł, ale czy to pomoże? Wariat zazwyczaj nie wie, że jest wariatem. Może to my jesteśmy wariatami, tylko nikt nas nie uświadomił?


Komentarze
Pokaż komentarze