Tym razem o związku homoseksualizmu z imperialistycznymi tendencjami w Rosji.
Noblesse oblige, jak mawiają jeszcze całkiem poważnie niektórzy. Czyli teraz Barack Obama, z zawodu prezydent, nawet jakby chciał, to nie będzie mógł się wywinąć. Musi stawać na wysokości zadania i być coraz bardziej poprawny politycznie. Cały świat na niego patrzy jeszcze bardziej niż dotychczas.
Poranne wiadomości przynoszą nam budujące informacje o nowych poczynaniach amerykańskiego prezydenta. Otóż okazuje się, że zaangażował się w "obronę praw" homoseksualistów. Obiecał zniesienie ograniczeń związanych ze służbą homoseksualistów w siłach zbrojnych. Cała zabawa polega na tym, że homoseksualiści mogą służyć w armii, ale mają nie mówić o swoich sposobach zaspokajania popędu, a ich przełożeni mają o to nie pytać. Podobno jest to niedobre i Obama to zniesie.
Zajmowanie się różnymi żądaniami ludzi, którzy starają się wyróżnić z tłumu swoimi sposobami zaspokajania popędu płciowego dotychczas było domeną bardzo skrajnych ruchów lewackich. Ruchów, które za swój cel obierały zawsze likwidację zasad moralnych, na których budowała się nasza cywilizacja. Lewacy zainteresowali się homoseksualistami dlatego, że nikt inny nie chciał się nimi samymi interesować. Biedota ma w nosie politykę, a robotnicy mają w nosie lewaków i ich chore idee budowy nowego świata. Lewacy muszą więc kierować swoje zainteresowania do innych grup, które mogą im zapewnić obecność w mediach. Zajmują się więc homoseksualistami.
Zainteresowanie tymi kwestiami prezydenta USA wcale nie świadczy o tym, że mamy do czynienia z jakimś ważnym problemem. Nie ma żadnego ważnego problemu homoseksualistów na świecie. To, jak kto zaspokaja swój popęd seksualny tak naprawdę nie powinno interesować nikogo, dopóki nie prowadzi to do łamania prawa. Zainteresowanie tymi kwestiami prezydenta amerykańskiego po raz kolejny świadczy o czymś niepokojącym - o silnym skręcie w lewo polityki amerykańskiej. Jest to niezwykle niepokojące, gdyż "lewicowanie" zawsze łączy się dziś z forsowaniem relatywizmu moralnego, a ten prowadzi wprost do polityki słabości i uległości. Polityka słabości i uległości w czasach, gdy odradza się rosyjski imperializm, a Chiny mogą niedługo stać się poważniejszym mocarstwem ekonomicznym od Japonii nie wróży naszemu światu niczego dobrego.
Zajmowanie się przez prezydenta amerykańskiego kwestiami ludzi, którzy wyróżniają się wyłacznie sposobem zaspokajania swojego popędu płciowego, jest śmieszne. To znaczy MOGŁOBY być śmieszne, gdyby nie kontekst. Jednak połączenie tej śmieszności ze śmiesznością pokojowego Nobla, który jest przecież ewidentną formą nacisku środowisk niechętnych dotychczasowemu porządkowi na USA, jest niepokojące. Nie chodzi tu o to, że jutro, czy nawet za rok USA nagle skapitulują i przestaną być gwarantem dotychczasowego porządku. Chodzi o to, że zarysowuje się pewna tendencja, zła tendencja, której następnymi elementami może być na przykład wzrost tendencji izolacjonistycznych. Skąd taki pomysł? To proste - niech każdy, kto zobaczy na murze plakat przeciwny wojnie w Iraku, w Afganistanie czy przeciwny NATO sprawdzi, kto te plakaty wiesza. Zawsze będą to te same, lewackie organizacje, te same, które protestowały przeciwko tarczy rakietowej, czyli faktycznie działające na korzyść Rosji. A izolacjonizm USA byłby wspaniałym darem dla Rosji, która mogłaby się wreszcie zająć spokojnym porządkowaniem swojego podwórka.
Idiotyczny Nobel dla Obamy jest jak najbardziej na rękę Rosji, tak jak odpowiada jej by prezydent USA zajmował się homoseksualistami. Nie zapowiada to dla nas niczego dobrego. Rosja nigdy Polsce przyjazna nie była i zapewne nigdy nie będzie.
Zapraszam wszystkich do odwiedzania i współredagowania serwisu www.sensowne.pl - sensownego drogowskazu w Internecie.
A ponadto uważam, że kanary nie istnieją.


Komentarze
Pokaż komentarze