94 obserwujących
651 notek
903k odsłony
  138   0

Spóźniony śmigus-dyngus

Swego czasu zamieściłem na naszsalon24.org serię pięciu opowiadanek pod wspólną nazwą "Cielęce lata #1-5" i dwa opowiadanka "Młodzieńcze lata #6-7".

Niestety naszsalon24 szlag trafił za sprawą jakiejś "dobrej duszy". Może jeszcze spróbuję przywrócić go do życia, bo był fajny, a tu zrobiło się mocno badziewiasto.

Wczoraj był lany poniedziałek więc jest pretekst by zaprezentować okolicznościowe, lekko spóźnione opowiadanko.

Jak się spodoba to wstawię pozostałe w których opisuję pomysły jakie dawno temu mieli młodzi ludzie w wolnych chwilach. Były to czasy bezkomputerowe i bezkomórkowe a zabawy były bez porównania lepsze od dzisiejszego gapienia się w ekrany i bardziej kształcące młode charaktery.

-----------------------------------

Cielęce lata 5

Już za miesiąc Wielkanoc więc co nieco o tym co było dla nas najistotniejsze w tamtych dniach. Oczywiście aspekt religijny był istotny, ale głównie za sprawą rodziców. Wówczas religia była nauczana w salach kościelnych, więc trzeba było w tym okresie częściej dreptać na nauki i rekolekcje do kościoła. Dało się to przeżyć, choć ciężko było.
W domu też gonili do porządków, a pod koniec były dodatkowe prace związane z malowaniem jajek. Nie będę się wymądrzał na ten temat - na pewno są tu osoby, które profesjonalnie opiszą ten zwyczaj, uwzględniając aspekty wiary, kultury, sztuki i technologii zdobienia.
Dla nas facetów co innego było najważniejsze – strzelanie z kalichlorku i lany poniedziałek. O strzelaniu było uprzednio, więc teraz o laniu.
Ma ono zapewne jakieś podłoże kulturowe, ale to nie było istotne, istotne było że można było się  oblewać bez jakiś konsekwencji.
Na naszych podwórkach mieliśmy zasadę, że nie oblewamy dorosłych, że zabawa dotyczy nas. Oczywiście na początku było polowanie na dziewczyny. Jak już wszystkie były „upolowane” (znaczy mokre), to się oblewało siebie nawzajem. Co do dziewuch to  pamiętam, że bardziej niezadowolone były te suche niż te mokre.
Techniki były różne i raczej nie było to prostackie lanie z wiadra. Lanie z jakiś kupnych jajeczek czy innych pistolecików na wodę było dobre dla małolatów albo ludzi bez polotu, więc nie będę tego opisywał bo to żenada.

My mieliśmy swoje techniki. Opiszę kilka ciekawszych:
- lanie z wentyla rowerowego
- lanie z syfonu
- atak z powietrza prezerwatywą

„Wentyl” był metodą rażenia z bliska i z zaskoczenia. Sposób wymagał pewnej wprawy, przebiegłości,  doświadczenia i był obarczony ryzykiem. Ale jak nie ma ryzyka, to nie ma zabawy, no nie?
Jak wiadomo wentyl rowerowy służył nie tylko jako wentyl rowerowy ale miał kilka innych poważnych zastosowań. Proszę nie mylić tego co teraz jest nazywane wentylem. To są maszynki. Wentyl klasyczny wygląda tak:

image
Precyzyjnie to jest gumka wentylowa, która była również stosowana np. do procy:

image

ale to temat na osobne opowiadanie.


Po pierwsze żeby lać to trzeba było napełnić. Zawiązywało się jeden koniec na supeł a drugi trzeba było podłączyć do kranu a jak tu podłączyć skoro mamy dysproporcje w dziurkach. Teraz to człowiek pewnie by w guglach znalazł rozwiązania a wówczas po prostu wyrywało się kartkę papieru z zeszytu składało w wąski pasek, tym paskiem owijało się końcówkę gumki tak by ciasno wchodziła do kranu i pompowało. W wyniku takiej operacji otrzymywało się gumową kiełbaskę o średnicy ok 4 cm i długości 75 cm co dawało ok 1 l wody. Nowicjusze zanim uzyskali odpowiednią kiełbaskę zużywali kilka gumek i sami byli mokrzy.
Taką kiełbaskę wsadzało się do lewego rękawa zaciskając końcówkę palcami. Następnie z uśmiechem zbliżało do ofiary, podawało prawą dłoń na powitanie. Trzymając go w przyjacielskim uścisku z lewego rękawa następował atak wodny w jakieś newralgiczne miejsce. Metoda była dobra, ale miała trochę wad. Potem nie bardzo chciano podawać ci rękę na powitanie, a jeżeli już to walili w lewą co czasami powodowało pęknięcie kiełbaski i wlanie się litra wody do rękawa.


Metoda na syfon polegała na rażeniu na odległość. Co to jest syfon pokazuję i objaśniam:

image

Były syfony jak powyższy tylko dla bezpieczeństwa ubrane w siateczkę z cienkich metalowych drucików.
Lanie z takiego syfonu było bez sensu. Po dwóch strzałach zasięg spadał do 1m a potem to już była katastrofa. Broń nie raziła i z reguły przeciwnik dopadł ciebie i byłeś mokry. Ale od czego nasza kreatywność, to znaczy Krzysia i moja. Za pomocą pompki samochodowej zwiększyliśmy ciśnienie w syfonie. Przy pierwszej próbie dzięki siateczce nikt nie odniósł obrażeń – po prostu ciśnienie jakie zaaplikowaliśmy syfonowi przerosło jego wytrzymałość i gruchnął, być może miał jakąś skazę. Po pierwszym nieudanym doładowaniu było już wiadomo ile pompnięć jest bezpieczne.

Efekt działania tak załadowanego syfonu był krótkotrwały ale piorunujący. Szpryca wodna leciała na ładnych kilka metrów i przebijała standardową kurteczkę z kretonu czy innej bawełny. Niestety mieliśmy tylko jedną pompkę i został się jeden syfon więc szybkostrzelność była kiepska.


Lanie z wysokości, jak wiadomo ma kilka zalet ale i wad.  Zaletą jest że działasz z ukrycia i przeciwnik nic ci nie zrobi, a wady - to brak celności (kiepskie skupienie) i niska siła rażenia - ładunek wodny  zmienia się w deszcz. No chyba że lejesz wiadrem ale to działanie prostackie.
Było rozwiązanie które wyeliminowało wady – należało nalać wodę w delikatne opakowanie. Nie było wówczas torebek plastikowych więc zastosowaliśmy prezerwatywę. Już nie pamiętam jak weszliśmy w ich posiadanie, ważne że były. Dopiero trzecie podejście zakończyło się sukcesem. Tak to jest z pionierskimi rozwiązaniami, bracia Wright też od razu nie polecieli.

Pojemniki albo pękały w trakcie nalewania wody albo w transporcie na krawędź dachu. Rozwiązaniem był dwulitrowy garnek w którym przenosiło się prezerwatywę z wodą. Na poddaszu naszego bloku była pralnia i suszarnia (tak kiedyś było). Więc po załadowaniu „broni” przez wyłaz wchodziło się na dach (5 piętro), podczołgiwało do krawędzi i wylewało z garnka wodę zapakowaną w prezerwatywę. Efekt był niesamowity, radzę spróbować samemu - to trzeba zobaczyć!
Celowaliśmy w trawnik bo zdawaliśmy sobie sprawę, że spuszczenie komuś 2 kg z piątego piętra na głowę nie jest wskazane. Nie chodziło o samo chlapnięcie o ziemię, które było super, tylko o lot. Kształty jakie przybierała kula wody podczas spadania przypominały wielką wieloodnóżkową amebę w upiornym tańcu.

-------------------------------

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale