Piotr Sawczyński Piotr Sawczyński
72
BLOG

Bunt (nie)kontrolowany

Piotr Sawczyński Piotr Sawczyński Kultura Obserwuj notkę 0

Mam kolegę. Kolega zwie się Jankiem, które to piękne imię o staropolskim rodowodzie czyni z Janka archetypiczną niemalże egzemplifikację kulturalnego polskiego młodzieńca nowej generacji. Będąc dumnym reprezentantem pęczniejącej między Odrą a Bugiem kasty wykształciuchów bez dyplomu, kolega Janek czuje się jednakowoż spętany przaśnością swego zapyziałego matecznika. Janek honor swój wszakże ma, toteż myliłby się srodze ten, kto ośmieliłby się posądzić Janka o zapędy emigracyjne - on ani myśli opuszczać swego pięknego kraju, gardząc tymi zdradzieckimi wsiórami z Polski B, którym wydaje się, że złapali Pana Boga za nogi, bo jadą na zmywak do UK i z polaczkami zadawać się więcej nie zamierzają.

Co więcej, Janek ambitnym chłopakiem jest, a zafascynowawszy się nie na żarty rdzennie jankeskim credo grass roots (znaczy się trawiaste korzenie, jakby Polska B nie zrozumiała), z zapałem neofity począł ostatnimi czasy rozbudzać w narodzie uśpionego ducha solidarności obywatelskiej. Obdarzając przy tym szczerą rewerencją szlachetną rodzimą dewizę pracy u podstaw, postanowił Janek swą rewolucję obywatelska rozpocząć od siebie. Ale, ale - kolega Janek nie jest jakimś tam byle zaściankowiczem, bo jak każdy szanujący się patriota XXI wieku myśli co prawda lokalnie, ale działa globalnie (albo jakoś tak...). Toteż gdy Janka doszły przed kilkoma dniami słuchy o ogólnoświatowej akcji gaszenia świateł w oknach, postanowił aktywnie włączyć się w przeciwdziałanie efektowi cieplarnianemu.

Przyznać muszę skruszony, że jako iż moja niereformowalna ekologiczna ignorancja powstrzymywała mnie zawsze skutecznie przed jakimikolwiek energetycznymi wyrzeczeniami, zżerała mnie szczera ciekawość, jak też Janek zdołał zagospodarować tego sobotniego wieczora swój cenny czas w nieprzeniknionych ciemnościach łódzkich Bałut. Okazało się, że ambitny mój kolega nie zmarnował ani chwili na próżne nicnierobienie, a niedobór energii świetlnej zrekompensował sobie z nawiązką godzinką spędzoną z myszką w ręku i słuchawkami na uszach, sycąc intelekt wnikliwą analizą socjologiczną portalu "Nasza Klasa" oraz ciesząc przy tym ucho politycznym protest songiem Kabaretu pod Wyrwigroszem (nazwa wykonawcy utwierdziła Janka w przekonaniu, że tu nie ma żartów) pt. "Donald marzy..."

Przyznaję - determinacja mojego kolegi Janka szczerze mi zaimponowała; pozwoliłem sobie jedynie wyrazić niemądre przypuszczenie, że zastępując żarówkę ekranem komputera, Janek nie przyczynił się chyba nadmiernie do walki z globalnym ociepleniem. Całe szczęście, Janek rozwiał szybko me sztubackie wątpliwości, wyjaśniając z niejakim politowaniem, że ekran komputera w przeciwieństwie do żarówki nie emituje ciepła, więc jego wspaniałomyślne wyrzeczenie wydatnie złagodziło efekt cieplarniany w skali globalnej. To nie wszystko. Janek zapowiedział również uroczyście, że takie spontaniczne akcje proekologiczne będzie od teraz uskuteczniać regularnie. Byłem szczerze wzruszony - oto dzielny samotny rycerz, który świadom powagi sytuacji postanawia rzucić wyzwanie mordercom naszej planety. Jeśli w przypływie defetyzmu posądzacie Państwo Janka o słomiany zapał, to posłuchajcie dalej.

Wracając wczorajszego pięknego popołudnia do mojego przytulnego domku, ujrzałem oto Janka, zmierzającego dziarsko w stronę kontenerów na śmieci z pokaźnych rozmiarów worem ciuchów pod pachą. - Wiosenne porządki w szafie? - zagaiłem z uśmiechem. - Jak ci nie wstyd gadać o porządkach, kiedy wokół giną ludzie! - zbeształ mnie natychmiast oburzony mój kolega. Zbity z tropu rozejrzałem się po okolicy, ale nigdzie nie dojrzałem żadnych trupów. I wtedy się wyjaśniło: - Giną nasi bracia w Tybecie - roztropnie dodał Janek - więc na znak protestu wyrzucam wszystkie moje podkoszulki wyprodukowane w Chinach. Zamurowało mnie: co mają ginący bracia z Tybetu do chińskich podkoszulków? Chcąc nie chcąc (raczej nie chcąc), kolega Janek, nieudolnie starając się ukryć wzbierające zniecierpliwienie, wyjaśnił mi szczegółowo zaistniałą sytuację. - Teraz sam rozumiesz - dodał na koniec - że nie możemy pozostać obojętni. - No taak... - wydukałem zmieszany - ale wciąż nie rozumiem czemu właściwie wyrzucasz te podkoszulki... - Jak to czemu? W telewizji powiedzieli, że podkoszulki z napisem "made in China" (to po angielsku) są zbrukane krwią! - Przecież twoje są czyste - zaoponowałem. - Jak w telewizji tak mówią, to tak jest - uciął gwałtownie Janek. I po chwili zakrzyknął doniośle: - Przecz z Chinami! Precz z ludobójcami! Precz z ciemiężycielami niewinnych dzieci! Od dziś kupuję ubrania z krajów, w których przestrzega się praw człowieka, a nieletnich nie zmusza do niewolniczej pracy. Rozumiesz?

Zrozumiałem. Na dowód swej słowności, kolega Janek przyszedł dziś rano pokazać mi swój nowo kupiony podkoszulek. - I co? - zapytał filuternie. Nie wiedząc co powiedzieć, z uznaniem zerknąłem tylko na metkę. "Made in Bangladesh."

"Stosowanie zasady oko za oko szybko uczyniłoby świat ślepym." (Mahatma Gandhi) "Nie można nie robić niczego tylko dlatego, że nie można zrobić wszystkiego." (Ivan Turgieniew) "Kiedy nie wiesz jak się zachować, zachowuj sie przyzwoicie." (Antoni Słonimski)

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura