Witam
Wpis bardzo osobisty, potrzebuję go, by móc iść dalej. Do napisania go skłoniły mnie wydarzenia ostatnich dni i lektura salonu24.
Od kilku dni każdą wolną chwilę spędzam tutaj, czytam, myślę(może to słowo trochę na wyrost), komentuje. Do 11 kwietnia, do momentu rozmowy a właściwie pierwszej próby rozmowy po wypadkach smoleńskich z moją Mamą byłem kimś innym. Od lat spieramy się o różne sprawy, zwłaszcza na tematy polityczne, w największym uproszczeniu ja okopałem się na pozycjach IV RP, choć nie klasycznie PiSowiskich, moja Mama na pozycjach bliższych środkowi sceny politycznej i salonu jak się zwykło pewne poglądy określać. Dyskusje nasze gęsto często bywały burzliwe, bo oboje mamy swoje zdanie i umiemy go bronić a do tego odczuwamy jakąś wewnętrzną potrzebę przeciągnięcia tego drugiego na swoją stronę, zmuszenia go do przyznania racji, co ciekawe, w sporach z "obcymi" wykazujemy się oboje dużo bardziej delikatną postawą i umiejętnością negocjacji i kompromisu, potrafimy małymi kroczkami przekonywać do swych racji z dużą skutecznością. Jednak między nami to nie działa. Między nami jest zawsze niemal "na norze". Teraz chyba zaczęło.
O "problemach podczas lądowania" dowiedziałem się przez telefon od mojej Mamy, zadzwoniła do mnie rano i łamiącym się głosem powiedziała, że chyba rozbił się prezydencki samolot, zdrętwiałem. Jeszcze dziś robią mi się wilgotne oczy gdy o tym piszę. Potem już był informacyjny kocioł, telewizje informacyjne, radio, net, telefony i esemesy i tak cały dzień, szok, niedowierzanie, strach co się stało i co będzie dalej. Następnego dnia pojechałem do rodziców i przeżyłem kolejny wstrząs, moja Mama, widz szkła kontaktowego, czytelniczka gazety wyborczej, choć krytyczna, to jednak czytelniczka, siedziała kolejny dzień przed telewizorem i opłakiwała paskudnych PiSowców, płakała nad losem Jarosława którego nigdy nie lubiła, ale który stracił niemal całą rodzinę i wielu najbliższych współpracowników a może i przyjaciół, a do tego ma ciężko chorą Matkę, płakała nad dziećmi które pozostały bez ojca, marszałka Putry, płakała i po "żelowanym" Karpiniuku, płakała po wszystkich ofiarach tej koszmarnej tragedii, płakała tak zwyczajnie, po ludzku, nie przed kamerą, nie z powodu poczucia winy, bo niczemu nie jest winna, nie prześladowała, nie udzielała się na forach, zazwyczaj, jeśli ja nie sprowokuje rozmowy, to nie porusza politycznych tematów, lepiej dobry obiad ugotować i serial obejrzeć, emerytura na wsi ma swoje prawa, ogródek, stado psów.
Po psach widziałem właśnie, że coś się zmieniło, że coś się stało, że one nie wiedzą o co chodzi, co jest ich ukochanej pańci. Zaczęliśmy rozmawiać i wylazł ze mnie mały zawzięty gad który nie potrafi zrozumieć emocji innych, najbliższych, ludzi, za to ma jęzor ostry jak brzytwa. Zaczęliśmy rozmowę o możliwych przyczynach katastrofy i przerodziła się ona błyskawicznie w spór o wszystko, jak to u nas, "na noże". Znów powiedziałem trzy słowa za dużo. Sprawiłem Jej tym wielką przykrość. W odpowiedzi usłyszałem gorzkie słowa o byciu człowiekiem. Przedstawiła mi pochlipując co Ona przez to rozumie, jest polonistką, ma ogromną wiedzę w swojej dziedzinie. Zapakowałem wałówkę i wkurzony pojechałem do domu.
W domu, gdy już ochłonąłem, zacząłem się nad tym wszystkim zastanawiać i pod wpływem smoleńskiej traumy chyba dotarło to wszystko do mnie w nowy sposób, nie przez kalkulujący i analizujący intelekt, ale przez serce, przez ludzkie emocje. Coś we mnie pękło, coś się zmieniło. Pojechałem na wieś jeszcze raz i odbyliśmy długą rozmowę, pierwszy raz tak poważną na tak niepoważny temat, jak politycy z telewizora.
Moja Mama powiedziała mi, że skoro uważam, że to takie ważne, ta cała polityka, to czemu nic nie robię, czemu nie założę bloga, czemu nie zapiszę się do PiSu, jeśli uważam, że to jest słuszna wizja Polski, powiedziała to bez złośliwości, choć wcześniej Jej się to zdarzało, przynajmniej tak to do tej pory oceniałem i pewnie trochę racji w tym miałem.
Dziękuję Mamo. Wychowywanie trzydziestoletniego z hakiem chłopa, to ciężka robota być musi.
Zaimponował mi niebywale Pan Paweł Kowal w rozmowie z Panią Moniką Olejnik, takim człowiekiem chciałbym się stać, spokojnym i opanowanym, broniącym konsekwentnie swojego stanowiska, ale bez niepotrzebnej agresji, bez złości i jadu.
Staram się zmienić, nie będę już źle mówił o ludziach, którzy mają odmienne poglądy niż ja, zdarzało mi się to zbyt często, nie da się ukryć. Nie będę podejrzewał z góry innych o niecne intencje tylko z tego powodu, że widzą inne rozwiązanie jakiegoś problemu niż moje. Nie będę kwestionował ich patriotyzmu i człowieczeństwa dlatego, że inaczej oceniają pewne fakty i wydarzenia. Będę ich słuchał, starał się zrozumieć, przekonać do swych racji.
Nie zostanę z dnia na dzień wzorcem cnót wszelakich niestety, nie oszukuję się, pewnie jeszcze nie raz zdarzy mi się te postanowienia złamać, ale będę nad sobą pracował. Chcę, by był to mój hołd dla Katyńskich ofiar, tych z 1940 roku i tych z 2010 roku. Chcę tego dla mojej Mamy.
Szanujmy się, zachowajmy najbardziej cięte riposty dla siebie, nie dajmy się ponosić złym emocjom i nerwom, brońmy swych ideałów, ale dostrzegajmy w naszych oponentach człowieka, jeśli uda nam się to chociaż w małej części, to staniemy się lepsi...jeśli nam się to uda, Polska stanie się lepsza.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)