Artykuł jest polemiką z tezami Azraela zawartymi w materiale "Proste czynić skomplikowanym", opublikowanym w Studio Opinii.
Pozwolę sobie nie zgodzić się z tezami kolegi Azraela, zawartymi w artykule „Proste czynić skomplikowanym”. Mam nadzieję, że fakt, iż się nie zgadzam, nie kwalifikuje mnie automatycznie jako zagorzałego fanatyka kościoła i ortodoksa, czy też katolickiego fundamentalistę. Przynajmniej zanim nie postawię kropki na końcu ostatniego zdania. Mam wątpliwości. Wydaje mi się, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowanego, niż przeprowadzenie zgrabnego dowodu na to „czyja prawda” i wskazanie – moja. Prawda ma to do siebie, że dość trudno jest mieć na nią monopol. Zgodzę się z autorem, który słusznie zauważa, że nie ma na nią monopolu ani kościół, ani Terlikowski. Dodam tylko, że również nie mamy monopolu na prawdę ani Azrael, ani ja. A zatem do rzeczy.
Niejaki Platon, żyjący na przełomie IV i III tysiąclecia przed naszą erą, a więc bardzo dawno, w kwestii „czyja prawda” poczynił swoje uwagi odnośnie tego starego i jakże emocjonującego zagadnienia. W swoim „Państwie” opisuje, ten zacny filozof, pośród innych – postaci Gorgiasza i Kritiasza. Ten pierwszy za prawdę uznaje to, co większość ludzi uznała za prawdę. Większość, zdaniem Gorgiasza, nie może się przecież mylić. Kritiasz z kolei uważa, że prawda leży po stronie silniejszego, bo przecież nikt nie zarzuci silniejszemu kłamstwa. Analiza obu postaw, na którą tu nie ma miejsca, prowadzi Platona do wniosku, że obaj bohaterowie dialogu trwają w jakimś fałszywym przeświadczeniu. Prawda nie jest ani silniejszego ani nie świadczy o niej głos większości. Prawda, to nie jest coś nad czym się deliberuje, a przynajmniej taki pogląd na jej temat wyrażał filozof. Prawda istnieje niezależnie od człowieka i nawet jeśli nie zgadzamy się z tym, to warto poświęcić chwilę czasu aby poznać zdanie w tej kwestii kogoś, kto poświecił swoje życie na dociekania czym jest prawda. Mam tu na myśli Platona.
Wspomniany już Kritiasz, to postać autentyczna, sofistą, uczeń Platona, który dość szybko porzucił jego Akademię, uznając siebie za wystarczająco mądrego, aby nauczać retoryki, polityki, filozofii, oraz etyki. Sofiści, za przykładem swojego mistrza Protagorasa z Abdery, wyznawali zasadę, że „człowiek jest miarą wszechrzeczy”. To znaczy, że „nie ma żadnej rzeczywistości samej w sobie, a wszystko co istnieje, jest zawsze rzeczywistością ze względu na jakąś istotę i dla tej istoty”. Innymi słowy – sofiści odrzucali absolut. Ich zdaniem nie ma prawdy absolutnej, a rzeczywistość jest racją człowieka, do której się odnosi. To, rzecz jasna, utylitaryzm, który nie jest, jakby się wydawało osiągnięciem naszych czasów. Zrozumiały jest nacisk jaki sofiści przykładali do sztuki retoryki, bo przecież tam gdzie spotykają się więcej niż jedna prawda, musi być jakiś sposób rozstrzygnięcia, czyja prawda jest prawdziwsza. Stąd również etyka, którą sofiści musieli uczynić spójną ze swoją doktryną. Sentencja Protagorasa „człowiek jest miarą wszechrzeczy” zawiera w sobie także przesłanie moralne – to człowiek wyznacza standardy, określa co jest dobre a co złe, decyduje ile zarodków można zmieścić w probówce. Taka jest perspektywa filozoficzna, która nabiera swojego smaku jeśli umiejscowić ją w konkretnych, historycznych warunkach.
Do początków XVIII w. zwyciężało platońskie zapatrywanie na naturę prawdy. Mówiąc wprost – kościołowi udawało się utrzymać wiernych w przekonaniu, że prawda jest absolutna, że jest tajemnicą, i że tylko Bóg zna całą prawdę, no i, być może, trochę papież i biskupi. Nie ma co do tego dwóch zdań, że, jak ten Kritiasz, kościół bezwzględnie wykorzystywał uprzywilejowaną pozycję przez 18 stuleci. Ale już w XVII wieku rozpoczął się proces, który w pełni ujawnił się na przełomie XVII i XVIII stulecia, a którego skutki odczuwamy do dziś. Stało się coś dziwnego, rewolucyjnego. Rozpoczął się wiek świateł. Umysłowi ludzkiemu przypisano zdolność poznania absolutu, lub – jego zanegowania. Człowiek uwierzył w to, że jest w stanie poznać wszystkie prawa świata, zdobyć wiedzy o wszystkim i wykorzystać ją na własny pożytek. Jeśli czegoś jeszcze nie udało się odkryć, to tylko kwestią czasu jest poznanie tajemnicy. A to wszystko dzięki metodzie naukowej. Ale to jeszcze nie koniec. Stało się coś więcej. Ten przełom, tą nową jakość Nietzsche powitał słowami: „Zabiliśmy Boga”. Zostały one wykrzyczane na jakimś targu, a świadkowie wydarzenia zaprzeczali i pukali się w głowę. To zrozumiałe, że takie słowa mogły wyjść tylko z ust szaleńca. A jednak każdego dnia zachowujemy się jakby były prawdą – podkreśla Nietzsche. Dziś, ludzkość borykająca się z dużymi i małymi problemami zaczyna powątpiewać w zdolności umysłu ludzkiego, a niczym nie uzasadniona wiara w człowieka nie wzbudza już takiego entuzjazmu jak na początku.
Czy in vitro to mały, czy duży, problem ludzkości, nie mnie to rozstrzygać. Nie jest to tylko problem opowiedzenia się po stronie absolutu stojącego w opozycji do własnego pożytku. Dobro, podobnie jak prawda, jest trudne do definiowania, a już zupełnie nie nadaje się do tego, aby nim szafować. Azrael powiada, że „politycy (także katoliccy) mają obowiązek dopełnienia przyrzeczonej swoim wyborcom działalności na rzecz ich dobra”. Bez zastrzeżeń z nim się zgadzam. Co jednak jest dobrem? Mój szanowny kolega zaczyna swój artykuł od stwierdzenia, że problem z in vitro mają tylko katolicy. I tu się z nim zgodzę. Uznanie jednak przez katolika, że racja leży po stronie tych, co są za in vitro stawia go w trudnej sytuacji. Musi on sobie po raz kolejny odpowiedzieć na pytanie „a co jeśli Bóg istnieje?” Co jeśli Bóg zechce skrupulatnie rozliczyć tych, którzy zechcą manipulować przy jego największej tajemnicy – tajemnicy życia? Jeśli założymy sobie czysto hipotetycznie, że tak jest, że Bóg istnieje, „ich dobro”, którym Azrael argumentuje swoje poparcie dla metody zapłodnienia pozaustrojowego, ma zupełnie inne znaczenie. Przestaje się liczyć to, co większość o tym myśli, nawet to, że najsilniejszy obywatel w państwie, prezydent, jest za. Niebezpieczeństwo, że poczęcie pozaustrojowe dziecka może się stać przypadkiem śmiertelnym na wieczność, staje się całkiem realne…
W przeciwieństwie do kościoła, czy naukowców, nie mam monopolu naprawdę. Szczęśliwie nie musiałem dokonywać w tej kwestii wyboru. Daleki jednak jestem od taniego moralizowania, podobnie jak pójścia za głosem większości, czy za silniejszym. Sprawę in vitro każdy z nas musi rozważyć we własnym sumieniu i nikt nie powinien być tu Kritiaszem, Gorgiaszem, Platonem, Protagorasem, czy kimkolwiek innym. To jest bardziej skomplikowane niż by się wydawało. Wydaje mi się, że w dyskusji o in vitro wcale nie chodzi o pipetkę w ręku laborantki, ale że ma ta wymiana zdań, głębszy sens. To nauka wzajemnej tolerancji i rozumienia argumentów przeciwnej strony. To również obraz oblicza Polaków, zmiany ich stosunku do wiary i podążania tam, skąd świat nierzadko wraca.
Janusz Wiertel



Komentarze
Pokaż komentarze (1)