Nie lubię WOŚP. Od początku nie lubiłem. Nie lubię tych natarczywych spojrzeń wolontariuszy, które powodują, że nie „możesz” dać a „musisz” dać. Na odczepnego. Po to aby mieć serduszko i pokazywać na nie palcem, kiedy z daleka zwietrzy okazję kolejna osoba z puszką. Nie lubię czuć się zażenowany.
Owszem, działania orkiestry są pożyteczne. Ale czy można godzić się na to, że są niezbędne, że bez nich nie tylko będzie gorzej, ale będzie źle? WOŚP Pomaga zaopatrywać szpitale w sprzęt medyczny. Bez biurokracji, bez rozdzielnika, bez szarpania przykrótkiej pierzyny NFZ. Ale Orkiestra powinna być ponad, dodatkowo, a stała się podstawowym sposobem uzyskania potrzebnych w diagnostyce i leczeniu sprzętów.
I to poczucie dobrze spełnionego obowiązku, które pozwala poczuć się lepiej wszystkim darczyńcom; że potrafią być szczodrzy, że chcą i mogą być razem, że stać ich na gest dobrej woli. I aż ciśnie się na usta pytanie: A co w pozostałe dni? A co z potrzebującymi, którzy nie kwalifikują się pod WOŚP? Co ze zwierzętami, wyrzucanymi akurat w tym czasie na ulicę, bo okazały się nietrafionym prezentem pod choinkę? Co wreszcie z tymi pieniędzmi, które każdy z nas płaci wraz ze składką zdrowotną? Niewydolny system sięga teraz po emerytury. Urządzimy Wielką Orkiestrę Geriatrycznej Pomocy?
Czy jestem przeciw WOŚP? Nie, a skądże. Tylko jej nie lubię, bo uświadamia mi, że nie jest dobrze. Po raz 19 trzeba łatać dziurę, której nikt się już nie chce nawet dziwić.



Komentarze
Pokaż komentarze (15)