A przynajmniej w tej medialnej. Śmierć jest widowiskiem i to widowiskiem bardzo atrakcyjnym dla mediów. Coś się jednak zmieniło w 2005 r. Już wcześniej wiadomo było, że wydarzenia z udziałem Jana Pawła II zawsze przyciągną tysiące zainteresowanych, a media, które to pokażą mogą tylko na tym zyskać. Ale to co się działo w dniach poprzedzających śmierć papieża Polaka, a także po jego śmierci, aż do dnia pogrzebu, przeszło najśmielsze oczekiwania nawet mediów. Cały świat na kolanach, cały świat płaczący, cały świat pogrążony w bólu, cały świat pokazany w mediach. Trudno powiedzieć, w którym momencie media zaczęły podgrzewać atmosferę i czy w ogóle musiały ją podgrzewać. Z całą pewnością wydarzenie było autentyczne, łzy autentyczne i żal prawdziwy. Ale to właśnie wtedy, tak namacalnie, empirycznie, media doświadczyły własnej potęgi, tego słodkiego uczucia, które wcześniej dane było zaznać tylko Orsonowi Welesowi. To jego słuchowisko wywołało panikę w USA. Potęga mediów bierze się więc z zarządzania emocjami!
Wnioski zostały wyciągnięte. Nie po raz pierwszy śmierć okazała się być atrakcyjnym widowiskiem. Wcześniej jednak fascynacja brała się z jej agresywnego, brutalnego oblicza – wojny, eutanazji, aborcji, pokazu spreparowanych ciał, pogromu Żydów, mordu, ostrzelania cywilów, czy ludobójstwa. Co jeszcze może przyciągnąć miliony ciekawskich? Po raz pierwszy okazało się, że również śmierć papieża, śmierć chwytająca za serce, śmierć wyciskająca łzy. To jest wielki show. I to nie musi być papież. Ci nie umierają z częstotliwością, która byłaby satysfakcjonująca dla mediów. A poza tym papież papieżowi nie równy. Ale... każda śmierć znanej i cenionej osoby może stać się przyczyną bólu, który jeśli tylko przekroczy granice rodziny i najbliższych, to stanie się udziałem całych społeczeństw. Tego właśnie głodne są media! A jeśli tak, to czemu temu procesowi nie dopomóc? Czemu nie zrobić z tego widowiska? Wystarczy wysłać wóz transmisyjny, pokazać pogrążonych w bólu najbliższych, przyjaciół, podgrzać atmosferę, wykreować mit, aż zostanie przekroczona ta cienka granica, za którą wydarzenia zaczynają się same dziać.
A jeśli zginie prezydent i elity władzy w ilości 87? To jest dopiero coś, na czym można zbić medialny kapitał. I to jaki? Putin ściska się z Tuskiem. Rosjanie skonsternowani i w obliczami po których snuje się coś na kształt poczucia winy. Kaczyński chce kończyć wojnę polsko-polską, a przy okazji – polska-rosyjską też. Krzyż pod pałacem i jego obrońcy, pogrążający się w obłędnych modłach, szarpiący się tymi, którzy mają się za ich przeciwników. Po obu stronach są fanatycy. Wybory w cieniu katastrofy....
Znamy to. Uczestniczymy w tym. Ulegamy przekazom medialnym w mniejszym lub większym stopniu. Nie da się być obojętnym. Jest się albo za albo przeciw. Na ile media przyczyniają się do polaryzacji społeczeństwa? Czy możliwe jest, aby wydarzenie podobnego kalibru, nie było „moderowane” przez największe telewizje kraju i świata? Czy jest możliwe aby rzeczywistość w ogóle nie była moderowana przez media? Czym jaka jest w takim razie dzisiejsza odpowiedź na pytanie o rzeczywistość?...
I ostatnia śmierć, którą chcą żywić się media. To śmierć Krzysztofa Kolbergera... To budowanie mitu. Ta postać, która ma coraz mniej wspólnego z rzeczywistością, ale za to jak chwyta za serce! I żeby tylko nie przekroczyć granicy dobrego smaku. Show must go on!



Komentarze
Pokaż komentarze (2)