Esej jest to wypowiedź prezentująca punkt widzenia autora, ujęty i wyrażony w sposób dowolny, ale nie chaotyczny i bezcelowy. Dowolność pozwala określić nie tylko temat, z zakresu, rzecz jasna, wykładów – „Społeczeństwo innowacyjne”, ale także uściślić formę i wybrać metody; choć te, są w pewien sposób zdeterminowane przez naukowy charakter pracy. Istotne jest tu takie użycie języka, aby jak najbardziej zbliżyć się do istoty tematu, a jednocześnie zachować lekkość i lapidarność stylu. Najważniejsza jest jednak prawda – chodzi o jej klasyczne rozumienie, tzn. zgodność opisu z rzeczywistością. Takie ujęcie jest mi znacznie bliższe od pragmatycznej teorii prawdy, czy wręcz uznania, że prawda jako taka nie istnieje. W tej sytuacji rozważania na jej temat stały by się bezprzedmiotowe. Metody jej dociekania, wobec tego, choć obarczone niedoskonałością, będą także klasyczne.
Racjonalność nie oddaje w pełni rzeczywistości. Empiryzm i weryfikacja pozostawiają wiele do życzenia. Nie chodzi zresztą o wybór „czystej” metody, bo przecież nawet najbardziej naukowa z nich – dedukcja – daje, co najwyżej, bardzo prawdopodobny obraz rzeczywistości. Każdą teorię można sfalsyfikować, co może uchodzić za zaletę w pewnych okolicznościach. Świat dzięki temu jest znacznie ciekawszy i można go doświadczać na dowolną ilość sposobów. Co więcej – można się dzielić wrażeniami i mieć nadzieję, że każde wyznanie jest coraz bliższe tego, co Rousseau miał na myśli mówiąc o „woli powszechnej”. Innymi słowy, ujmując rzecz w duchu Poppera, sensu należy poszukiwać w tym, co zbliża nas coraz bardziej do prawdy, lub uwzniośla…
Czas wobec tego postawić „śmiałą hipotezę”: Społeczeństwo innowacyjne jest społeczeństwem schyłku cywilizacji. Innowacyjność oznacza tu kres i nie dyskwalifikuje możliwości chylenia się Zachodniej cywilizacji ku końcowi. Innowacyjność, zawiera w swoim źródłosłowiu rdzeń – „nowość”, co oznacza, że pojawiły się w życiu dzisiejszego społeczeństwa wydarzenia, które wcześniej nie miały miejsca. Są nowe. Ich odczytanie i poszukiwanie punktów odniesienia, porównania (to jest przecież clue tych rozważań) pozwalają na wyciągnięcie odpowiednich wniosków. Koniec cywilizacji nie musi oznaczać kataklizmu, choć jest niewątpliwie dramatycznym wydarzeniem.
Uwagi wymaga to, co znamionuje koniec cywilizacji zdaniem Oswalda Spenglera. Kiedy w 1918 r. opublikował dzieło pod tytułem „Zmierzch Zachodu. Zarys morfologii historii uniwersalnej”, zapoczątkował teoretyczne rozważania problemów, związanych z dziejami i istotą cywilizacji. Odpowiedzi na pytania, jakie sobie stawiał służyć miały sformułowaniu teorii cywilizacji. Starał się ustalić co decyduje o wielości ludzkich cywilizacji, ich osobliwościach, a nade wszystko – jakie prawa rządzą rozwojem cywilizacji, ich młodością, dojrzałością, starością i nieuchronną śmiercią. To, co najbardziej nieuchronne w teorii pruskiego filozofa, to zbliżający się koniec Cywilizacji Zachodu i brak możliwości zatrzymania tego procesu. Swoje badania Spengler opierał na analogii i wnioskach wysnutych z analizy dziejów cywilizacji „apollińskiej”, która jego zdaniem przechodziła te same fazy rozwojowe, co kultura Zachodu. Tradycyjne pojęcia i religia uległy zagładzie, co doprowadziło w konsekwencji antyczny świat do upadku. Spengler przyjął, że kultury przechodzą te same fazy rozwojowe. Każda jest takim samym organizmem, tyle tylko, że opartym na innych wyobrażeniach. Indywidualne cechy nie wpływają na rytm biologiczny właściwy organizmowi – narodziny, rozkwit i schyłek zakończony śmiercią. Spengler te same żelazne prawa życia przypisuje również produktowi człowieka, jakim jest kultura, podkreślając jednocześnie ich nieuchronność. Nie zaprzecza on wolnej woli człowieka, wskazuje jednak na wieczne prawa socjologiczne i biologiczne.
W koncepcji Spenglera widoczne jest rozgraniczenie między kulturą i cywilizacją. Pierwotny okres życia społecznego to jego „średniowiecze”, epoka religii, tradycji i autorytetu wiary. To czas kontemplacji Bytu, poczucie łączności ze sferą sacrum i transcendencją. Energia ludzka skierowana jest do wewnątrz a strukturą charakterystyczną organizacji społecznej stanowi feudalizm. Ludzie zajmują się rolnictwem, żyją na wsi, mają ciągły kontakt z naturą, są wrażliwi na jej urok, kontemplują, zatem jej piękno, podziwiając świat i mądrość przyrody. Nie są żądni sławy i nie pragnie podboju. Żyje w wewnętrznej harmonii ze sobą i światem, jest spokojny i szczęśliwy.
Zwyrodniałym dopełnieniem kultury jest cywilizacja, czas nauki, postępu, kultu rozumu – jednym słowem „nowożytność”. Transcendencja i sacrum są wtedy już utracone a swoją energię i aktywność człowiek kieruje na zewnątrz, co przeradza się w ekspansję, militaryzm, podbój, pogoń za zyskiem. Struktura, jaką przyjmuje organizacja społeczna cywilizacji to kapitalizm. Człowiek nie podziwia już piękna i harmonii przyrody, ale niszczy je i ujarzmia. Jego stosunek do świata zmienił się. Świat to nie jest już miejsce do życia, ale miejsce gdzie odbywają się podboje i militarna ekspansja. Moment, kiedy dana kultura rozpoczyna militarną ekspansję i atakuje słabszych sąsiadów, jest według Spenglera początkiem cywilizacji. W połączeniu z ekspansją gospodarczą oznacza zanik życia duchowego i wewnętrznego, oraz przekształcenie organicznego dotąd społeczeństwa w pozbawiony ducha twór mechaniczny, kierowany prawami zysku, „bezduszną mumię”.
Początek cywilizacji Zachodu można wyznaczyć w miarę dokładnie. To dzień wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej – 14 lipca 1789 r. Atak na Bastylię zakończył wraz z zachodem słońca istnienie postfeudalnego społeczeństwa, kierowanego przez królów i kościół, i rozpoczął czasy nowej klasy społecznej, burżuazji, wyrażającej ducha cywilizacji. Moralność oparta na rozumie, zastąpiła moralność wysnutą z religii, abstrakcyjne twory ludzkiego rozumu wyparły wiedzę transcendentną, a ascetyczne i autorytarne ideały kultury zastąpione zostały humanizmem, pokojem i tolerancją. Ludzie rozpoczęli osiedlać się w miastach i opuszczać sielską wieś. „Istotą kultury jest religia, (…) istotą cywilizacji jest areligijność”.
Wyrazem świadomości mieszczańskiej są konstrukcje ideologiczne i religijne pozbawione możliwości odczytania transcendencji, takie jak kantyzm i socjalizm w Europie, buddyzm w Indiach i stoicyzm w cywilizacji apollińskiej, będące strukturami myślowymi oraz zlaicyzowanymi formami religii. Ci ludzie jednowymiarowi, pozbawieni ducha, prymitywni, żyją w "megalopolis", czyli wielkich, kosmopolitycznych miastach z betonu, gdzie mają do dyspozycji takie same, gigantyczne domy. To jest właśnie Aleksandria, Rzym, Paryż, Nowy Jork, Berlin czy Warszawa. Człowiek wyznaje ateizm i socjalizm, stał się miarą wszechrzeczy Protagorasa, a jednocześnie pośród betonu jest duchowym „fellachem”, bo cywilizacja, to społeczeństwo „nomadów”, oderwanych od świata przyrody i kontaktu z Bytem. Ta degrengolada nie oszczędza kobiet – nie są już matkami i żonami a partnerkami, które mędrkują i domagają się równych praw, i za przekleństwo uważają to, że natura obdarzyła je misją rodzenia dzieci. Arystokrację wyrosłą z kultury rolniczej zastąpili ludzie biznesu, pustkę miast wypełnił plebs i ciemnota, pozbawieni kultury troglodyci uważający się za panów świata. Za najdoskonalszą formę cywilizacji Zachodu należy uznać Amerykanów – to właśnie tam, w USA pieniądz, jedyny bożek cywilizacji, stanowi najwyższą wartość, uznając to, czego nie można sprzedać za nic nie warte. Zatraceniu ulegają takie ludzkie zdolności jak poczucie gustu i smaku, co skutkuje pojawieniem się takich prądów jak impresjonizm w sztuce i dekadenckiego jazzu w muzyce. Stałe przekonania ustępują miejsca modom.
Apokaliptycznymi jeźdźcami zwiastującymi nadchodzący koniec są zdaniem Spenglera tacy ludzie jak Cezar, Aleksander Wielki czy Cecil Rhodes. To wielcy zdobywcy rodzących się cywilizacji a po nich nastąpi to, co już nie raz zostało przez ludzkość przećwiczone. Miasta się wyludnią, zarośnie je dżungla, świat przyrody będzie z mozołem odtwarzał to, co cywilizacja zniszczyła, po to, aby następna kultura mogła kontemplować jej piękno, odczuwać łączność z sacrum i sferą transcendentną.
Ten pochód kultur i cywilizacji jest niemożliwy do zatrzymania, a zimna logika narodzin, rozwoju i śmierci, mimo buńczucznej postawy człowieka, w obliczu emancypacji ludzkiego rozumu, negującego tradycję, religię i autorytety zwiastuje nadchodzący koniec, nie jest w stanie nic na to poradzić. Ostateczną wygraną cywilizacji, czy może lepiej powiedzieć by – przegraną człowieka, jest zwycięstwo liberalizmu, demokracja i ateizm; słowem totalna negacja społeczeństwa kultury. Wszystko co stare staje się zacofane, wsteczne, śmieszne i bezwartościowe. Kryterium, które staje się jedynym wyznacznikiem prawdy aspirującej do miana naukowości, jest empiryzm. Zatarciu ulegają te cechy kultury, które wyróżniały ją od innych. Powołanie do życia oświeceniowej wizji ateistycznego i wielokulturowego „człowieka w ogóle” musi prowadzić do wniosku, że najbardziej schyłkową formą racjonalizmu opartego o ideały tolerancji i humanitaryzmu jest kosmopolityzm. Kosmopolityzm nawet w tej formie, w jakiej przedstawia to Beck we „Władzy i przeciwwładzy w epoce globalnej”, pozostaje nadal kosmopolityzmem...
Hanna Arend w „Kondycji ludzkiej” udowadnia, że z perspektywy starożytnej świat stoi dziś na głowie. Stoi od czasów Oświecenia. Nie bez znaczenia pozostaje tu koncepcja umowy społecznej wspomnianego Rousseau, będąca „propozycją odkupienia” i teorią wolności, rozumianą jako posłuszeństwo „woli powszechnej”. Okazuje się, że sprężynę napędową oświeceniowego projektu demokratycznego, warunek jego powodzenia, stanowi wysoki poziom moralny społeczeństwa, jego samoświadomość, która nabiera konkretnych kształtów w „Społeczeństwie obywatelskim i państwie” Waltzera. O owym warunku sine qua non demokratycznego społeczeństwa wspomina także prof. Filipowicz w swojej „Demokracji”.
Zmierzch Zachodu nie oznacza nagłego końca. To bardziej proces, trwający od dłuższego czasu. Dobrym punktem odniesienia jest tu Oświecenie jako ten moment, w którym świat przestał być „zaczarowany”. Wydarzenia, które wydarzyły się od tamtego momentu doprowadziły do tego co nastąpiło całkiem niedawno, a związane jest ze zjawiskiem kurczenia się czasu i przestrzeni, co w sposób kapitalny zmienia nie do poznania oblicze świata. Chodzi o rewolucję informatyczną. Daleka podróż nie jest już daleka. Przestała być niebezpieczną eskapadą, swego rodzaju eksodusem, podejmowanym niechętnie, czy wręcz w ostateczności z racji niebezpieczeństwa jaki ze sobą niosła. Niebezpieczeństwo jednak nie minęło. Zmieniło oblicze. Rozwój techniczny, a za nim, komunikacyjny, wpłynął na mentalność ludzką w trakcie życia niemalże jednego pokolenia. O „niepewności wytworzonej”, odnoszącej się do ryzyka, jakie niesie za sobą rozwój pisze Anthony Giddens w „Poza lewicą i prawicą”. A to dopiero początek. Dzisiaj nie ma problemu ani odległości, ani czasu, ani niebezpieczeństwa jakie było związane z dalekimi podróżami. A jedyna przygodność związana jest co najwyżej z warunkami pogodowymi. Niebezpieczeństwo kryje się jednak za globalnymi konsekwencjami. To oznacza konieczność wycofania się z projektu oświeceniowego i przejścia (powrotu?) od modernizacji prostej do refleksyjnej. Ale to nie wszystko. Prawdziwa rewolucja dokonana w umysłach polega na tym, że przy pomocy Internetu, wcześniej telewizji, czas i odległość zmalały jak nigdy dotąd. Nastąpiło rozdzielenie, tego co wydawało się niepodzielne – fizycznej obecności i umysłowej przytomności w tym samym miejscu i czasie, a nawet w kilku miejscach naraz. Wnosi to zupełnie nową jakość w sferę działania (praxis) i zmienia zasadniczo obszary epistemologiczny i ontologiczny. Człowiek będący ciałem w Warszawie, może np. zlecać zakup akcji na Down Jones w Nowym Jorku, czy kibicować ulubionej drużyny szczypiornistów podczas Mistrzostw Europy w Łodzi czy Bydgoszczy, obserwować efekty tsunami w Japonii, czy nawet sam akt destrukcji ,dokonywanej przez naturę na marnych ludzkich wytworach cywilizacji. Wcześniej, za sprawą środków masowego przekazu, podobnej przemianie uległa, sfera lexis. Oddziaływanie na wyodrębnioną w tym procesie opinię publiczną przybrało niespotykany wcześniej rozmiar, osiągając swoje apogeum w okresie nasilenia propagandy nazistowskiej i komunistycznej. Dzisiaj nie używa się już słowa „propaganda” ze względu na jego pejoratywny wydźwięk. Zastąpiono je „kształtowaniem opinii publicznej”, lub czymś podobnie brzmiącym. Metody oddziaływania uległy też udoskonaleniu.
Novum zagościło również i w polityce. W 2004 r. Estończycy, jako pierwsi na świecie, głosowali przy pomocy Internetu, co pozwala mieć nadzieję na powrót idei znanej ze starożytnych Aten. Tamta demokracja zdeterminowana przestrzenią i czasem wytworzyła specyficzną organizację społeczno terytorialną, znaną jako polis. Głos wołający na ateńskiej Agorze słyszany był w najdalszym zakątku miasta, a tym samym uczestniczenia w życiu ateńskiego społeczeństwa. Pewne wątpliwości może budzić liczebność współczesnego zgromadzenia a zwłaszcza czas procedowania, nawet gdyby istniały mechanizmy, umożliwiające wyrażanie poglądów i uwzględnianie wniosków każdego chętnego. Przychodzi tu na myśl platońska liczba – 5040... W antycznych Atenach demokracja działała jednak w oparciu o „instytucję” demagogów w rodzaju Alkibiadesa czy nawet Peryklesa, potrafiących skłonić demos do określonego postępowania (lexis). Współczesny lider ma znaczenie więcej możliwości (propaganda). Problem więc nie polega na nadmiernej liczebności współczesnej Agory i niebezpieczeństwie ewentualnego chaosu podczas debaty bezpośredniej. Nie chodzi też o sięgający zamysłów Bodinusa projekt sekularyzacji prawa, czyniące zeń de facto państwowe sacrum, czy wprost, oświeceniową wizję państwa prawa. Prawa będącego wyrazem sprawiedliwości i ściśle z nią związanego. Problem współczesnej demokracji polega, zdaniem prof. Filipowicza, na bifurkacji prawa i sprawiedliwości. Wokół ciągłej, nieokiełznanej woli dokonywania jego zmian toczy się współczesna gra o władzę . Prawo nie musi być trwałe, nawet nie powinno. Uzgodnione w toku uciążliwej procedury miałoby, z konieczności, cechy trwałości, a z rozsądku – sprawiedliwości. To, z czym mamy styczność, powiada prof. Filipowicz, to nieustające widowisko, o którego atrakcyjności stanowi ilość uchwalonych ustaw. Rząd jest tym sprawniejszy im więcej wniesie projektów pod obrady Sejmu. O jakości prezydenta stanowi ilość zawetowanych projektów rządowych, a Sejm jest tym lepszy im więcej z tych projektów, mimo wszystko, zamieni w ustawy. Show must go on! A skoro tak, niesprawiedliwość stanowi dodatkowy przyczynek po temu aby prawo zmieniać. Staje się pożądana! Oto oblicze współczesnego państwa „prawa”. Demokracja bezpośrednia w tej sytuacji nie ma żadnych szans. Podobnie – sprawiedliwość. Należy sądzić, że powrót klasycznej demokracji spowodowałby rzeczywiste rządy wprost wskazanego w Konstytucji RP suwerena. A to odebrałoby władzę tym, co uchwalają prawa – przedstawicielom suwerena. Sytuacja jak z Marksa.
Nie ma dziś większego znaczenia czy władza wykonywana jest w imieniu ludu. Równie dobrze mogłaby być wykonywana w każdej innej sprawie. Państwo „prawa” nie jest państwem prawa, a władza ludu jest „tak zwaną fikcją prawną reprezentacji, która przypisuje wolę reprezentantów samemu narodowi”. Mówi się o tym coraz częściej wprost, bez ogródek, utrzymując, że „cały naród nie może sprawować pełni władzy bezpośrednio”. Mit i „Czas plemion”…



Komentarze
Pokaż komentarze