Parlament nie zdążył uchwalić w październiku zapowiadanych 140 ustaw PO-PSL. Zostały kluczowe projekty - reforma zdrowia, pomostówki czy odebranie przywilejów esbekom.
Choć Sejm zbierał się co tydzień, uwijał jak w ukropie, a posłowie pracowali po kilkanaście godzin dziennie, do tej pory udało się uchwalić około 110 ustaw z pakietu określanego przez premiera Donalda Tuska „ofensywą” lub „rewolucją październikową”.
Zastanawiam się skąd u Tuska i reszty jego kompanów z Platformy skłonność do takie nazewnictwa: „rewolucja październikowa”. Przecież przyzwoitym mądrym Polakom taka nazwa, która wpadnie w ucho kojarzy się z czymś najbardziej ohydnym, obrzydliwym i podłym. Bo to są pierwsze określenia jakie przyszły mi na myśl, gdy pierwszy raz usłyszałem u Tuska to określenie. Tymczasem - jak widać - premierowi rządu polskiego „rewolucja październikowa” kojarzyć się musi - wbrew oczywistym faktom, które jako historyk powinien znac - z czymś niesamowitym dla premiera Tuska, czymś, co związane jest z wysiłkiem i pracą. Taka niesamowita zbitka pojęciowa: Tusk, wysiłek, praca. I kto w to uwierzy?
Tekst pochodzi z: http://www.pis.org.pl/akcja.php?id=8


Komentarze
Pokaż komentarze (2)