Kiedy w obieg poszła wieść, że Donald Tusk nie chce wygłaszać ekspose, a chce ekskluzywnego wywiadu w TVP – cała Polska zamarła. W niedzielny wieczór nawet żule opuścili swoje stanowiska w bramach i ruszyli oglądać bliską im twarz swojego wyborczego guru.
Zaczęło się. Fanfary. Dostojna chwila. Telewidzowie w ciepłych kapciach u stóp tego, który w swojej skromności nie pretenduje do bycia wielką osobowością świata polskiej polityki. Trzymamy za słowo.
Pani redaktor Hanna Lis przemówiła. Błogi uśmiech nie znikał z jej lica. Ani na chwilę. Znikała za to szansa na postawienie pytania: Pani redaktor mówiła, mówiła, mówiła. Przerwał jej zniecierpliwiony premier Donald Łagodny i mówił sam. Co chciał. A chciał niewiele.
Sytuację usiłował ratować Piotr Kraśko: wystudiowana gra dłoni, amerykański gest, głosu tembr. Treści niewiele, bo premier przerwał i przemówił: Mówił. Co chciał. A chciał niewiele. Podskórna manipulacja wszczepiana, jak chip. Dyskretnie. Bez nachalnego kłamstwa. Powoli. Lud kupi.
A potem było o „Tymkraju”. „Tymkraj” - w nowomowie liberałów, to nie Bangladesz, ni Peru. To Polska. A zatem mały Jaś i Marysia mieszkają w Tymkraju i są narodowości tymkrajskiej. Słowo Polska z oporami przechodzi przez gardło redaktorom nie tylko z TVP.
A Tusk mówił. Co chciał. Nie ukrywał: Interesowało go rządzenie Tymkrajem.
Obejrzałem „ekskluzywny wywiad” i wyszło tak: Dwoje dziennikarzy zdybało Tuska Łagodnego w knajpie. Przypadkiem. Uciec już nie zdążył. Aby nie robić „obciachu” został. I przypadkiem była kamera. Pogadali, pożartowali i rozstali się wszyscy w zgodzie i serdeczności. Nic się nie stało. Rok rządu Tuska i jego siedem cudów. To nie był wywiad. Nawet nie ekskluzywny. To drrrramat!
Tekst wzięty z: http://www.pis.org.pl/akcja.php?id=8


Komentarze
Pokaż komentarze (2)