Włoskie supermarkety wprost prześcigają się w pomysłach, jak przyciągnąć klientów. Organizują „jednominutowe darmowe zawody w robieniu zakupów”. Klient, któremu uda się załadować potrzebnymi rzeczami wózek i dobiec do kasy nie zapłaci za te zakupy ani grosza.
Wysokie ceny żywności sprawiają, że tego typu konkursy robią we Włoszech furorę - poinformowała biedniejących w oczach Polaków dzisiejsza prasa.
Jak tak dalej pójdzie, a wszystko na to wskazuje, to po roku rządów Donalda Tuska Polacy będą brali udział w swoistych supermarketowych zawodach z nie mniejszą ochotą, co Włosi. Może nie bez południowego polotu i kunsztu, bo gdzież nam pod tym względem do naszych braci z południa, ale na pewno za to z ułańską fantazją i północnym uporem i konsekwencją. Po roku rządów Donalda Tuska będzie wszystko możliwe. Włoski wariant robienia zakupów też.
Zamykam oczy i już widzę, jak młodzi ludzie wyposażeni przez opowieści swoich rodziców i dziadków w wiedzę o kolejkach za czasów PRL i tzw. „rzucaniu towarów na sklep” sami w akcie desperacji rzucają się na półki. Reguły bitew sklepowych jasno wyłożone. Cel prosty: Rób wszystko, aby za friko - jak już we Włoszech - zrobić zakupy dla całej rodziny. Młodzi panowie, rącze panie z błyskiem oku, jak w formule I wchodzą w wiraż za pierwszym regałem. Za nimi młodzi emeryci. Depczą po piętach. Doświadczenie z czasów PRL robi swoje. Praca łokci jest jak umiejętność jazdy na rowerze - tego się nie zapomina. Towar ląduje w wózkach. Drugi regał i słychać metaliczny zgrzyt zderzających się wózków, po podłodze toczą się butelki z colą i rozsypuje się misterna piramida wafelków z promocji. Sekundy płyną, jeden produkt, drugi, trzeci, jeszcze rzut na półkę ze słabszym alkoholem, siedem pomarańczy, jak granaty F-14 lądują w wózku, ostatnia prosta! Mijam młodego emeryta. Z lewej bizneswomen usiłuje wejść w prostą. Gaz do dechy. Zostaje z tyłu. Jeszcze płyn do zmywania naczyń, marka nieważna, garść batonów. Kasa! Jest! Jest! Jest cud Donalda Tuska. Całe zakupy za darmo. Cała lodówka. Pełna już dawno nie była.
A marchewkę kupiłeś! Pytam się czy marchewkę kupiłeś? Natarczywy głos wyprowadził mnie ze snu o zakupach w osiedlowym supermarkecie. Telewizor pokazuje jakichś ludzi. Donald Tusk budzi mnie swoim głosem jak kapral w wojsku.
Wiem. Przysnąłem z rozkoszy o pełnej lodówce. Zdarza się. Szalony sen, jeszcze nie minął. Tak! - odpowiadam z rozpędu i zaraz dodaję - To znaczy nie! O marchewce zapomniałem.
„Może to i lepiej - właśnie przyszło z banku, że podnoszą nam raty za hipoteczny” - powiedziała żona wyłączając telewizję. Trzeba oszczędzać.


Komentarze
Pokaż komentarze