„Niemcy brutalnie potraktowali Rokitę. Policjanci wyciągnęli Polaka z samolotu Lufthansy, bo przełożył płaszcz wbrew stewardesie, bo prosił by nie niszczyć jego płaszcza”.
Jeszcze w latach ’90 wielokrotnie opisywałem w prasie zachowania wobec Polaków, wprawdzie nie niemieckich służb mundurowych, ale austriackich.
Wśród tych pechowców byli nie tylko robotnicy budowlani pracujący na zachodnich budowach, ale także zwyczajni turystach, a wśród nich także polscy dyplomaci. Niektórych szybko oduczono miłości do Wiednia i austriackich Alp, gdy zapoznali się z przydrożną glebą Republiki Austriackiej.
Najbardziej wryły się w pamięć wydarzenia z udziałem Polaków wracających do kraju pociągiem „Chopin”. Było to przed Bożym Narodzeniem w 1997 roku. Na przejściu granicznym między Republiką Austriacką a Czechami wysadzono kilkadziesiąt osób i zaprowadzono na posterunek. Osoby, do których dotarłem opowiadały, w jaki sposób przeżyły to polowanie.
Najbardziej drastyczne opisy jakie zapamiętałem, to wielokrotne rzucanie kobietami na ściany posterunku, odmawianie wody i uniemożliwianie kontaktu z bliskimi oraz konsulem. Kilku mężczyzn miało porozbijane głowy. Do dzisiaj nie wiem, co tak rozwścieczyło Austriaków, po co im była ta pokazowa pacyfikacja.
Sprawa incydentu na pokładzie Lufthansy niekoniecznie musi wynikać tylko z fatalnego zbiegu przykrych okoliczności. Na pokładzie niemieckich linii lotniczych była obecna posłanka do Sejmu RP oraz były poseł, prominentny polityk, choć na marginesie życia politycznego, to jednak mocno osadzony na politycznej scenie. Nie sądzę, aby służby niemieckie nie wiedziały, kto będzie leciał ich samolotem? Nie róbmy z nich głupków, jak w „Stawce większej niż życie”. Nie wiem po co Niemcom ten incydent? Po bliższym przyjrzeniu się, po analizie wszystkich faktów, a nie tylko tych podrzuconych mediom, to działanie może okazać się prowokacją. Kto wie? Nie takie rzeczy na styku Polska – Niemcy już się zdarzały.
Zdumiał mnie zapis na jednym z portali, gdzie polska stewardesa broni swojej koleżanki z Lufthansy mówiąc, że „do tej pracy przychodzi się z miłości”. Nie wiem, co moja rodaczka miała na myśli z tą „miłością”, ale nieskromnie przypomnę, że jedne panie rzeczywiście może przychodzą tam pracować „z miłości”, ale inne znów„ z rozkazu”. A w Niemczech, jak to w Niemczech: Befehl ist Befehl.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)