Świetnie pamiętam czasy, w których „Tygodnik Powszechny” był poszukiwany, zaczytywany, odkładany, przekazywany z rąk do rąk. Nie dawało się go zaprenumerować, nigdy ani jeden egzemplarz nie zagrzał miejsca w kiosku. Pisywały w nim najlepsze pióra, wśród których był m.in. Stefan Kisielewski. Z redaktorem Turowiczem można się było nie zgadzać, lecz jego nieprzeciętna erudycja budziła respekt – szacunek, jakiego dziś dla „Tygodnika Powszechnego” mieć już nie sposób.
Pamiętam czasy, w których „Tygodnik Powszechny” trzymało się w rękach niemal jak ciało postrzelane seriami z karabinu. W 1980 roku kilka gazet katolickich wywalczyło sobie bowiem prawo zaznaczania miejsc, w których zaingerowała cenzura. W latach osiemdziesiątych można było naliczyć czasem i czterdzieści fragmentów zaznaczonych kwadratowymi nawiasami, myślnikami i nazwą Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk. Robiło to wrażenie męstwa, poświęcania się na ołtarzu wolnego słowa. I skutkowało – jeszcze większym zainteresowaniem czytelników. Jaki nakład wtedy tygodnik mógł osiągnąć, gdyby nie ograniczenia w przydziale papieru, zarządzane przez komunistyczne władze? Przypuszczam, że gdyby nie one – „Tygodnik Powszechny” sprzedawałby się wtedy w paru milionach egzemplarzy. Jakże totalnie wszystko od tamtych czasów się zmieniło! Jakże ta gazeta jest dziś całkowicie inna! Zawsze, kiedy trafia ona do moich rąk, dochodzę do jednego oczywistego wniosku: dzisiejszy „Tygodnik Powszechny” nie ma już absolutnie nic wspólnego z tym, jaki pamiętam z lat mojej młodości. Dziś to już tylko i wyłącznie jeszcze jedna mutacja „Gazety Wyborczej”. Kpiny z lustracji, największymi bohaterami – właśnie nie dający się zlustrować odszczepieńcy komunistycznego reżimu, Tomasz Gross jako wielki autorytet intelektualny… Pod koniec życia felietony zamieszczał Stanisław Lem. Pisarz wielki, ale zarazem ateusz jeszcze większy, którego stosunek do religii był, najdelikatniej rzecz ujmując, ironiczny. Choć częściej – kpiarski, by nie rzec – pogardliwy. Co więc robił na łamach tygodnika „katolickiego”? Podobni mu są jednak dziś w „Tygodniku Powszechnym” normą. Pisuje tam przecież regularnie Jan Hartman, nie ukrywający wcale, że jest nie tylko zdeklarowanym ateistą, ale i przeciwnikiem Kościoła. Jerzy Pilch co prawda nie jest katolikiem, ale przynajmniej przyznaje się do chrześcijaństwa. Osobiście uważam go za totalne beztalencie literackie i dowód na to, jak literalny grafoman może zostać wyniesiony na szczyty i wyróżniany znaczącymi ponoć pisarskimi trofeami. Ten aspekt to jednak rzecz gustu, widać sporo jest takich, którym te bzdety się podobają. Do Pilcha, i tym samym do „Tygodnika Powszechnego” mam inny zarzut. Pilch jest (czy był – nie mam ochoty tego sprawdzać) współpracownikiem prasy pornograficznej. Stwierdzam – pornograficznej a nie np. erotycznej, gdyż pismo, w którym znalazły się jego felietony przedstawia liczne wulgarne fotografie genitaliów i intymnych, ostrych scen damsko-męskich.
Może dla kogoś to jest tylko „erotyka”. Dla mnie „Hustler”, bo to jest jedno z pism, w których poczytać można Pilcha, to ordynarny i ewidentny pornos. Bardzo właściwe łamy dla arystokraty ducha, mistrza literackiej finezji, autora cyklicznych tekstów „katolickiego” „Tygodnika Powszechnego”, nieprawdaż?
I może jeszcze dwie refleksje na koniec. Pierwsza: tzw. „Indeks Ksiąg Zakazanych” to nie była taka głupia rzecz. Po pierwsze – nie był to żaden rzeczywisty zakaz publikacji, lecz jedynie rodzaj ostrzeżenia, by tego czy tamtego, dla swojego własnego dobra – nie czytać. Gdyby dziś był gdzieś taki indeks – ostrzegłby mnie przed „Hustlerem” i nie chciałoby mi się teraz rzygać. Refleksja druga: panta rei – wszystko się zmienia. Kiedyś godne lektury były i „Przekrój” i „Tygodnik Powszechny”. Dziś posługiwanie się tymi szmatławcami w charakterze papieru toaletowego byłoby obelgą dla tego miejsca, od którego plecy kończą swą szlachetną nazwę. Płacenie za pisma, w których brylują „artyści” oznaczający psie odchody polskimi barwami narodowymi, w których pisują współpracownicy czy to dawnego reżimu komunistycznego czy współczesnej prasy pornograficznej – to po prostu grzech. A mamy przecież w Polsce, jakże nieliczne i „ledwie przędące” uczciwe i ciekawe czasopisma. Są wśród nich naprawdę świetne tygodniki katolickie, periodyki pełne oryginalnych analiz politycznych, miesięczniki o dobrym poziomie intelektualnym i czytadła ze znakomitą, refleksyjną satyrą. Pisma te są na różne sposoby zwalczane. Nie mają silnej reklamy, czasem otwarcie uniemożliwia się ich dystrybucję. Kupujmy je, czytajmy, wspierajmy ich wydawców!
Artur Ślęzak



Komentarze
Pokaż komentarze (9)