Zupełnie nie rozumiem dlaczego obserwatorzy sceny politycznej tak bardzo dziwią się, że na ważne dla nas obchody 70 rocznicy wybuchu IIWŚ nie przyjedzie nikt ważny z krajów uznawanych za sojusznicze.
Większość komentatorów winą za tą sytuację obarcza „nową administrację Baracka Obamy” i jej zmianę polityki wobec Rosji.
Próbuje się też przedstawić tą nieobecność jako przykład sojuszniczej zdrady równej co najmniej tej ze strony Francji i Wielkiej Brytanii z roku 1939, by pokazać nam iż zawsze źle wychodzimy na sojuszach z Aliantami.
Jakże naiwne jest takie myślenie.
Inną równie naiwną argumentacją tej jest lament nad Polską nieistotnością.
Komentatorzy reprezentujący tą linię argumentacji pytają po co miałby się u nas pojawić wysoki reprezentant USA, Wielkiej Brytanii czy Francji? Czy Polska jest dla nich ważnym partnerem? Czy oni mają jakiś interes w tym by tu być?
Myślę iż twierdzenie, iż dobre stosunki z Polską są krajom, szczególnie z UE zupełnie obojętne jest pozbawiony sensu. Daleki jestem od megalomanii ale jesteśmy przecież 6 co do wielkości krajem w UE z liczącym się głosem. Głosem, który może współdecydować o układzie sił i władzy nad całą wspólnotą. Myślę, że nikt racjonalnie myślący nie odpuściłby sobie zabiegania o taki głos lub co najmniej dbałości o jego neutralność.
Co zatem pokazuje nam lista nieobecności na Westerplatte skoro nie jest to ani wynik zmiany polityki USA, ani żadna zdrada, ani też wynik naszej geopolitycznej nieistotności.
Myślę, że sami dokonaliśmy takiego wyboru. Naprawdę trudno mi wskazać priorytety polityki zagranicznej Polski pod przewodnictwem tandemu Tusk- Sikorski. Nie zostały one wyartykułowane. Nie były ani wyraziste ani ambitne.
Jedynym jasno określonym celem tego rządu była zmiana strategicznych sojuszy. Donald Tusk od początku dążył do zmiany strategicznego sojusznika z USA na UE (czytaj Niemcy – bowiem w polityce wewnątrzunijnej stawaliśmy zawsze po niemieckiej stronie nie siląc się nawet na udawanie innej gry).
Donald Tusk wyszedł z założenia, że w epoce militarnego spokoju i z racji naszej obecności w UE więcej nas łączy ze starym kontynentem niż z USA więcej więc korzyści popłynie z Berlina niż z Waszyngtonu.
Polityka rządu oparta była o słuszną konstatację, że ta dotychczasowa nie przynosiła Polsce realnych korzyści. Doktryna Tuska została zatem zdeterminowana przez planowane korzyści, mniej uwagi poświęcił on aspektom bezpieczeństwa czy niezależności.
Jej podstawową słabością było jednak kompletne abstrahowanie od celów nowowybranych sojuszników – które to cele były rażąco sprzeczne z naszą racją stanu.
Proces degradacji stosunków z USA trwał kilkanaście miesięcy. Donald Tusk z lubością krytykował (często zresztą słusznie) serwilizm Polski wobec USA. Bycie przedmiotem ich polityki (udział w Iraku) bez odnoszenia realnych korzyści z udzielanego USA wsparcia.
Kulminacyjnym momentem tego procesu, była słynna konferencja Donalda Tuska. Premier posunął się wtedy do zakwestionowania amerykańskiej hegemonii militarnej na świecie. Kto jeszcze pamięta, że w dniu święta narodowego USA – 4 lipca – de facto wypowiedział USA umowę o tarczę, podważył amerykańską wiarę w naszą sojuszniczą lojalność. Był to policzek wymierzony w USA. Trudniej o bardziej jaskrawą demonstrację wotum nieufności.
Polityka Donalda Tuska załamała się z chwilą agresji Rosji na Gruzję. Świat zdał sobie sprawę, że czasy militarnego spokoju minęły, a w kontekście żenującej słabości reakcji świata zachodniego nie można już wykluczyć rozwiązań siłowych ze strony Rosji, także w naszym regionie.
Podjęto wtedy gwałtowne i nieskuteczne próby ratowania sytuacji choć nie wiem czy było to ratowanie twarzy przed własnym elektoratem gdy stało się jasne, że rządowa polityka zagraniczna legła w gruzach a rację miał Prezydent Kaczyński, który dodatkowo mocno zapunktował w Tbilisi.
Strategiczny wybór został dokonany wcześniej a konsekwencją jego było zejście Polski na niższy poziom stosunków z USA. Jak niski? Dziś mamy jasną odpowiedź – jest to poziom Perrego.
Reasumując. Lista nieobecności na Westerplatte jest prostą konsekwencją wcześniejszych strategicznych wyborów polskiego rządu. Jasno wskazano protektora i naszego „adwokata w UE”. Na powrót staliśmy się klientami Niemiec. Jest to oczywiste dla wszystkich konkurujących z Niemcami stolic w UE. Gdyby przyjechali tu Brown, Sarkozy nie zmieni to naszego wyboru. Oni na razie nie mają tu nic do ugrania, a ich pojawienie się mogłoby pogorszyć relacje z Niemcami, z Rosją konkurującą o ten region.
Konsekwencją tej polityki jest to, że Polska będzie uzależniona od układu sił Niemcy-Rosja. Po co USA czy Francji problem, gdy Rosja będąc na fali, może w nieodległej perspektywie próbować siłą odzyskać strefę wpływów?
W tym sensie rzeczywiście przywódcy USA, Francji czy Wielkiej Brytanii nie mają po co tu przyjeżdżać ale nie nasza nieistotność jest tego przyczyną ale nasz własny, mniej lub bardziej świadomy wybór.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)