Lektura kilka ostatnich znakomitych w treści komentarzyczy wywiadów udzielonych przez Jana Marię Rokitę, napawa mnie gorzką refleksją.
Naprawdę cenię autora tych komentarzy i zgadzam się z nim właściwie w całości, tym łatwiej, że do tych wniosków, podobnie jak wielu innych obserwatorów polityki, doszedłem już wcześniej.
Dla wielu z nas, po dojściu do władzy PO jasne się stało, że nie będzie tarczy antyrakietowej, powstanie Nord Stream i dokonana zostanie zmiana strategicznego partnerstwa z USA na Niemcy a Polska gwałtownie straci na znaczeniu.
Trudno naprawdę pozbyć się tego smutku wiedząc, jaką rolę odegrał we współczesnej polityce JMR. To on był jednym z najważniejszych elementów i narzędzi dojścia do władzy obecnie rządzącej ekipy. To on swoją ciężką pracą w komisji rywinowskiej, swą energią i autorytetem doprowadził do wybuchu popularności tej partii. Dał się jej potem wykorzystać i wyrzucić.
To on, także w roku 2005 był jednym z tych, którzy współdecydowali o tym że nie powstała koalicja PO-PIS. Decyzja skutkująca polityczną wojną domową, ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami.
On jest współodpowiedzialny temu, że po wnioskach z rywinowskiej komisji nie nastąpiło prawdziwe oczyszczenie i ukaranie winnych. Naprawdę trudno uwierzyć, że nie rozumie on prostego stosunku przyczynowo skutkowego tj. brak konsekwencji = przyzwolenie na kolejne działania korupcyjne. Dlaczego JMR dziwi się zatem, że afera hazardowa miała miejsce? Czy nie widzi on własnej odpowiedzialności za ten stan rzeczy?
Jest takie powiedzenie, że jak Bóg chce kogoś pokarać to odbiera mu rozum. Wystarczy się rozejrzeć po rodzimej scenie politycznej by znaleźć wiele przykładów potwierdzających prawdziwość tego powiedzenia.
JMR jest przykładem odwrotnym. Bóg dał mu ostrość widzenia rzeczy, jasność widzenia utraconych szans i przyszłych zagrożeń. Doskonale widzi on jak fatalnym kurs obrała obecna polityka. Kurs kolizyjny z górą lodową. Jeszcze nie widzi, że miał złoty róg, jeszcze nie dostrzega własnej roli, własnych błędów i prywatnych ambicji (premier z Krakowa) będących trampoliną do władzy dla tych co ten kurs obrali i utrzymują. On zrozumie, że to co ściska w dłoni to tylko sznur, bo złotego rogu już nie ma.
By dopełnić smutku jaki czuję, przypomina mi się scena z filmu „Amadeusz”. Scena, w którym rozżalony Antonio Salieri, człowiek przecież pracowity i prawy mówi rozgoryczony patrząc na sprośnego hulakę i lenia - Amadeusza Mozarta. Salieri mówi, że Bóg dał mu tylko tyle talentu by mógł dostrzec geniusz Mozarta i swoją przy nim małość.
Tak właśnie dziś powinien czuć się Jan Maria Rokita, który jest Salierim polskiej polityki, a na nasze nieszczęście dał się pokonać nie żadnemu geniuszowi, tylko Donaldowi Tuskowi.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)