DSA i wersja w Polskim Sejmie czyli Unia Europejska wespół w zespół z rządem w Polsce wprowadza cenzurę myśli jak budowane jest Ministerstwo Prawdy finansowane z podatków Obywateli EU . Wszystko w propagandowym, kusym co prawda, płaszczyku troski o Obywatela
#Poland Europa w oparach cyfrowej cenzury
Niekompetencja rządu w Polsce narzucająca kajdany własnym Obywatelom ( wykorzystując do tego implementację DSA EU - wykraczająca poza jej kompetencje ) każe zastanowić się czy nie zmierzamy w kierunku ulicy Mysiej ( za czasów PRL siedziba urzędu Cenzury )
W świecie, w którym nowe technologie dają obywatelom niespotykaną wcześniej swobodę wypowiedzi, coraz wyraźniej widać, jak wiele rządów — także tych deklarujących przywiązanie do liberalnych wartości — marzy o powrocie do epoki kontrolowanego, wygładzonego dyskursu.
To marzenie w Europie przybiera dziś formę technokratycznych regulacji, które pod szlachetnymi hasłami bezpieczeństwa i ochrony użytkowników testują granice naszej zdolności do tolerowania państwowej ingerencji w treść publicznej debaty.
Digital Services Act (DSA), jeden z pozornie ambitnych, ale i najbardziej niepokojących projektów legislacyjnych współczesnej Unii Europejskiej. Choć Bruksela reklamuje ją jako „modernizację odpowiedzialności platform”, jej sednem jest coś znacznie bardziej pierwotnego: pragnienie instytucjonalnej kontroli nad przepływem informacji. Brzmi to jak preludium do ataku na fundamenty demokracji.
W Stanach Zjednoczonych każda próba ograniczenia swobody wypowiedzi trafia na mur zbudowany z Pierwszej Poprawki do Konstytucji USA — i nie jest to mur dekoracyjny. To na nim opiera się amerykański model wolności: brutalny, niekiedy chaotyczny, z pewnością daleki od ideału, ale konsekwentny w jednej rzeczy — nie uznaje prawa rządu do bycia arbitrem prawdy.
Europa, mimo swojej deklarowanej liberalności, przyjęła zupełnie inną drogę. Na Starym Kontynencie panuje niebezpieczne przeświadczenie, że jeśli tylko regulacja zostanie odpowiednio zakomunikowana, ujęta w empatycznym języku i zapakowana w unijne logo — będzie moralnie niepodważalna. DSA idealnie wpisuje się w ten schemat. Jest elegancki, perswazyjny, uderzająco biurokratyczny. I dlatego tak groźna
Niepokojące jest jednak to, co dzieje się w Polsce — kraju, którego obecna koalicja rządowa Donalda Tuska zasłania się koniecznością implementacji DSA, by uzasadnić przepisy, które wykraczają poza wymogi stawiane przez Unię. Służyć one mają walce rządu w Polsce z republikańską opozycją. I dlatego kontrolowany przez rząd Sejm uchwalił ustawę, która pozwala prezesowi UKE blokować treści w internecie bez kontroli sądowej.
W amerykańskim ekosystemie prawnym taka propozycja miałaby żywotność kropli wody na rozgrzanej słońcem patelni — po prostu wyparowałaby pod ciężarem Pierwszej Poprawki, zanim ktokolwiek zdążyłby poważnie ją rozważyć.
W Polsce jednak to realny projekt legislacyjny zrazem realne narzędzie służące cenzurze i stąd towarzyszące mu realne ryzyko.
Koalicja rządząca odrzuciła poprawki, które przywracałyby minimalny poziom demokratycznej równowagi — czyli kontrolę sądową. Minimalny, bo nawet ona nie usuwałaby zagrożenia jakim jest cenzura w czystej formie, a nie jedynie je amortyzowała. Ale i to okazało się zbyt wiele.
Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich nieczęsto używa języka alarmowego, ale tym razem zrobiło wyjątek. Szefowa SDP Jolanta Hajdasz mówi wprost o „śmierci wolności słowa”. To nie przesada.
Dla każdego, kto choć powierzchownie badał historię mediów w Europie Środkowo-Wschodniej, brzmi to jak sygnał ostrzegawczy: jeśli dziś państwo otrzyma prawo blokowania portali niewygodnych politycznie — jutro skorzysta z tego prawa. Zwłaszcza w sytuacji gdy rządząca koalicja legitymizowała obywatelstwo
Nie z powodu ideologicznego przeświadczenia o swojej słuszności, ale z powodu logiki politycznej, starej jak demokracja : każda władza korzysta z narzędzi, które posiada. Zwłaszcza tych, które pozwalają kontrolować narrację tj. zamykać język opozycji.
Na tym tle przemówienie prezydenta Karola Nawrockiego wygłoszonego w Pradze brzmi jak świadectwo innej tradycji politycznej: tej, która pamięta, że wolność słowa nie jest darem państwa, ale prawem wynikającym z godności obywatela.
Prezydent słusznie podkreśla, że „polskiej kulturze politycznej obca jest myśl o cenzurze”. To zdanie jest zarówno deklaracją, jak i zobowiązaniem.
I jest jeszcze czymś innym: sprawdzianem.
Bo teraz to właśnie on — nie rząd, nie Sejm, nie brukselski komisarz — stoi w miejscu, gdzie rozstrzyga się, czy Polska opowie się po stronie wolności, czy po stronie systemu, który w imię bezpieczeństwa treści w internecie zaczyna przypominać cyfrową kuratelę nad obywatelami. Czy Polska stanie w swojej obronie.
Z amerykańskiej perspektywy to, co dzieje się dziś w Europie, jest częścią większej tendencji. Na kontynencie, który lubi postrzegać się jako bastion liberalnych wartości, narasta dziwny rodzaj paternalizmu europejskich urzędników otoczonych wianuszkiem lobbystów w lokalnej polskiej wersji : przekonanie, że ludzie nie są w stanie odróżnić prawdy od fałszu, więc rząd musi im w tym pomóc. Technokratyczne regulacje stają się formą eleganckiego autorytaryzmu. Niedźwiedzią przysługą wobec demokracji. Zagrożeniem dla niej.
Pod płaszczem ochrony rodzi się system, w którym państwo nie tylko reguluje platformy — ono reguluje granice dopuszczalności z korzystania z prawa do wolności słowa.
Bo kiedy zalegalizuje się uprzejmą, dobrze ubraną w gładkie słówka cenzurę, trudniej będzie zauważyć moment, w którym staje się ona brutalna. Obudzimy się jak owa żaba powoli gotowana na żywym ogniu. Nie umiera z hałasem. Nie upada w wyniku jednego spektakularnego aktu.
Wolność słowa umiera z powodu, jak owa gotowana żaba, w serii pozornie drobnych, technicznych zmian: przesunięć kompetencji urzędników, pozbawienia kontroli sądowej, wprowadzenia procedur „tymczasowych”, które szybko stają się normą.
To właśnie obserwujemy dziś w Europie. I to właśnie sprawia, że głos ostrzegawczy płynący z Polski — zarówno od dziennikarzy, jak i od prezydenta — nie może zostać zignorowany.
W Stanach Zjednoczonych Pierwsza Poprawka powstała jako tarcza przed pokusami rządzących.
Europa, jeśli chce ocalić własną demokrację, musi zrozumieć, że tarcza nie działa, jeśli nie stoi za nią odwaga, by powiedzieć „dość”.
Mówiąc najprościej: jeśli DSA i krajowe ustawy implementacyjne pozwolą państwom na konstrukcję własnych systemów blokowania treści — zniknie fundament, na którym opiera się wolność obywateli. Nie dlatego, że rządy są złe. Choć w przypadku rządu w Polsce to prawda niestety. Ale dlatego, że są rządami właśnie.
W Polsce ta granica przebiega dziś w Pałacu Prezydenckim.
Bo jeśli tego nie zrobimy, okaże się, że demokratyczne społeczeństwa powoli, niepostrzeżenie przyzwyczajają się do świata, w którym wolność słowa istnieje tylko wtedy, gdy państwo łaskawie na nią pozwala.
Tu warto przypomnieć, iż Polska Konstytucja w artykule 54 zakazuje cenzury prewencyjnej środków społecznego przekazu i zapewnia wolność wyrażania poglądów i rozpowszechniania informacji to deklaracje rządu mówiące o tym ,iż prawo będzie stosować tak jak je rozumie każe bić w dzwon na trwogę .
Bo Unia Europejska oraz sterowany przez nią rząd w Polsce Donalda Tuska stają się takim cenzorem poza demokratyczną kontrolą , stają się ukrytym wrogiem Obywateli EU z przyklejonym do twarzy fałszywym uśmiechem.
W Polsce jest jeszcze nadzieja, jest nim osoba Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej dr Karola Nawrockiego.
https://niezalezna.pl/.../prezydent-zablokuje.../557544
Prezydent w Pradze via wpolsce 24 pl
https://www.youtube.com/watch?v=L5QlviiONQw
Inne tematy w dziale Polityka