4 obserwujących
23 notki
60k odsłon
1810 odsłon

Westerplatte i histerycy z Muzeum II W.Ś.

"Westerplatte 1939. Prawdziwa historia", Wydawnictwo AJ-Press, Gdańsk 2009.
"Westerplatte 1939. Prawdziwa historia", Wydawnictwo AJ-Press, Gdańsk 2009.
Wykop Skomentuj1

Cenzura nadal działa. Mojemu sprostowaniu do artykułu dr. Marszalca z Muzeum II w.ś. w Gdańsku (nieoficjalna stronawww.muzeumIIws.pl), który ukazał się na łamach Gazety Wyborczej Trójmiasto, gdzie naruszone zostały moje dobra osobiste, wbrew prawu prasowemu odmówiono publikacji. Skorzystałem więc z łamów portalu historii ożywionej "Do broni", a teraz korzystam z łamów Salonu24.



Są różne recenzje. Obiektywne i pisane by zachęcić lub zniechęcić do danego dzieła. Są też recenzje pisane ze złości jak recenzja dr. Janusza Marszalca z Muzeum II Wojny Światowej opublikowana pod koniec października 2009 r. w Gazecie Wyborczej Trójmiasto, która jest niczym innym jak zbiorem wycieczek osobistych niegodnych naukowca.

Czytając jego recenzję książki „Westerplatte 1939. Prawdziwa historia” poczułem się w roli Janusza Roszki, autora publikacji ukazujących prawdę o obronie Westerplatte, brutalnie zaatakowanego w 1993 r. na łamach prasy przez dyżurnych dziennikarzy i historyków. Marszalec kłamliwie zarzuca mi m.in. nie korzystanie z publikacji historyków naukowo zajmujących się osobą Sucharskiego. Zwrócę tu uwagę, że osoby te które ma na myśli Marszalec o sprawie załamania Sucharskiego i wywieszeniu przez niego białej flagi 2 września wiedzą od dawna, o czym świadczy ich korespondencja prowadzona z innymi historykami. Niemniej jednak nie jest to dla nich przeszkodą by publikować książki i artykuły z tezą iż Sucharski nie załamał się i miał prawo poddać Składnicę już po 12 godzinach, co jest oczywiście niezgodne z prawdą.

Marszalec dużej wiedzy o Westerplatte i II w.ś. nie posiada, co jednak pozwala mu oceniać innych, a samemu popełniać tak kardynalne i akademickie błędy jak ten, gdy por. Grodeckiego opisuje jako „majora” w materiale związanym z wystawą na Westerplatte, czy też pisząc iż Wartownia Nr 1 to „jedyny zachowany obiekt Wojskowej Składnicy Tranzytowej”. Automatycznie podważa to rzetelność zawartych na wystawie informacji.

Marszalec zarzuca mi, że opieram się na niewiarygodnych, niesprawdzonych relacjach „z drugiej ręki”. „Świadkami, którzy mogli być bezpośrednimi uczestnikami opisywanych przez siebie zdarzeń” nie są dla Marszalca np. chor. Gryczman, mat Rygielski i kilkudziesięciu innych westerplatczyków walczących na pierwszej linii obrony, których relacje i korespondencje wykorzystałem w książce publikując je jako pierwszy. Wielka w tym zasługa Jacka Żebrowskiego, wieloletniego badacza historii Westerplatte. Marszalec zbyt daleko uogólnia swoją krytykę mojego opisu postawy Sucharskiego opartej na relacjach bezpośrednich świadków wydarzeń celowo nie zauważając, że nie tworzę zbyt daleko idących uogólnień, a sprawy kontrowersyjne wymagające dalszych badań mają formę pytań lub hipotez, a nie kategorycznych twierdzeń. Marszalec stara się zdyskredytować moja książkę przedstawiając ją – widać tak mu wygodnie – jako traktującą jedynie o kontrowersjach wokół osoby Sucharskiego.

Marszalec atakuje mnie także za to, że wybiórczo skorzystałem z relacji zawartych w zbiorze Z. Flisowskiego. Jest po raz kolejny w błędzie. To w książce „Westerplatte 1939. Prawdziwa historia” po raz pierwszy opisuję manipulacje związane z publikacją relacji obronców, gdy bez skrupułów wycinano czasem całe strony, albo nazwisko Dąbrowskiego zastępowano nazwiskiem Sucharskiego, tylko po to aby uwiarygodnić mit o rzekomej bohaterskiej postawie majora w czasie wszystkich 7 dni obrony. Po raz pierwszy relacje z książki Flisowskiego zostały zweryfikowane, zinterpretowane i wykorzystane. Także po raz pierwszy zostały zestawione materiały źródłowe polskie i niemieckie, dotychczas w książkach historyków skrzętnie pomijane jako niewygodne. Oczywiście wszystkie materiały z moich zbiorów, jak i Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznej WST na Westerplatte są dostępne dla obiektywnych, rzetelnych i profesjonalnych historyków oraz badaczy. Ale dyżurni historycy z Muzeum II Wojny Światowej nie są tym zainteresowani. Co najwyżej przejęciem części lub nawet całości zbiorów Stowarzyszenia (mówię tu m.in. o zabytkowych armatach) czemu grzecznie dyrekcji muzeum odmówiłem. Stąd może ta frustracja i złość Marszalca oraz jego współpracowników? Marszalec woli traktować członków Stowarzyszenia jako zagrożenie i konkurencję, którą należy wszelkimi możliwymi środkami zwalczyć, a ich zbiory przejąć. Na razie efektem działań Muzeum jest mizerna wystawa na Westerplatte kosztująca miliony, a której efektem jest m.in. zniszczenie jedynego zachowanego przedpola polskiego stanowiska obronnego, czyli placówki „Fort”. Poza wszelkim komentarzem pozostawiam inne działania Muzeum, jak np. to, że jego dyrekcja odmówiła współpracy przy tablicy upamiętniającej M. Rejewskiego - jednego z trójki słynnych deszyfratorów 'Enigmy' tłumacząc to tym, że kolejna tablica (a są „aż” dwie w Polsce) byłaby deprecjacją osiągnięć i osoby słynnego matematyka...

Mój adwersarz pomija skrzętnie fakt, że „Westerplatte 1939. Prawdziwa historia” nie jest publikacją o dowodzeniu obroną i kontrowersjami z tym związanymi o czym pisałem wyżej. Marszalec skupił się jedynie na tych fragmentach książki, które są wygodne dla poparcia jego tezy, iż książka jest napisana po to, by szkalować dobre imię Sucharskiego. Sprawa dowodzenia to jeden z wielu wątków książki, która przede wszystkim opisuje bohaterstwo polskich żołnierzy, a także po raz pierwszy sztukę wojenną i zasady prowadzenia walki na Westerplatte po stronie polskiej i niemieckiej w oparciu m.in. o przedwojenne regulaminy i instrukcje piechoty. Marszalec celowo pomija także załącznik „O krok od Termopil” ostatecznie obalający mit o rzekomych 12 godzinach obrony, który to załącznik opiera się na materiałach pozostawionych przez mjr. Fabiszewskiego, będącego komendantem Składnicy w latach 1934-38. Fabiszewski w latach 60-tych XX w. poświęcił wiele lat swojego życia prowadząc badania i swojego rodzaju „prywatne śledztwo”, które miało m.in. wykazać dlaczego obrona Składnicy trwała tak krótko przy możliwościach dalszej skutecznej obrony.

Marszalec nie wie, bo nie czytał dokładnie recenzowanej książki (skupiając się jedynie li tylko na jednym jedynym przypisie w książce...), że zdecydowana większość relacji obrońców Westerplatte, a także niemieckich żołnierzy, to relacje spisywane od 1945 r., a nie w latach 70-tych czy 80-tych XX w. I są to relacje, które były przygotowane pod kątem mającej powstać prawie 30 lat temu książki J. Żebrowskiego, o którego napisanie o prawdziwej historii obrony Składnicy poprosili sami obrońcy, z których większością był mocno zaprzyjaźniony, a którą to książkę ostatecznie na prośbę p. Żebrowskiego i motywowany przez prof. Wieczorkiewicza napisałem ja.

Dla Marszalca niewygodny jest także fakt, że Naczelny Wódz wzywał obronę Oksywia i Westerplatte do wytrwania na posterunku co wiązało się z walką do ostatniego naboju lub ostatniego żołnierza. Wiedzieli o tym żołnierze w trakcie walki. Fakt niewygodny, więc pominięty w "recenzji" mojej pracy, jak i wiele ważnych szczegółów, które po raz pierwszy zostały opublikowane rzucając nowe światło na obraz obrony Składnicy.

Marszalec zarzuca mi także kradzież materiałów ikonograficznych z archiwów państwowych! Jak widać nie może przeboleć faktu, że zbiory Stowarzyszenia pozyskiwane w antykwariatach, aukcjach internetowych i kolekcjonerów za prywatne pieniądze jego członków i sponsorów są najprawdopodobniej największe w Polsce. Ponad 700 zdjęć w książce, większość archiwalnych, nigdy nie publikowanych, mapy, plany, wizualizacje 3D obiektów – to efekt kilku lat pracy Stowarzyszenia. Marszalec insynuując mi kradzież, czy sam ma czyste sumienie? Bo nie kto inny tylko właśnie Marszalec w swoim artykule o Westerplatte w magazynie „30 dni” (nr 3/2009) bez skrupułów wykorzystał cudzy plan Westerplatte (autorstwa członka SRH WST na Wtte), zasłaniając miejsce podpisu autora planu, który został opracowany na bazie materiałów będących własnością Stowarzyszenia, a także nie podając źródła skąd go pozyskał. Jak więc nazwać naukowca który kradnie?

Marszalec atakuje mnie nawet za to, że na zdjęciu przy notce biograficznej jestem w fotochromowych okularach... Podobne absurdalne ataki przyjmowałem ze strony reżysera mającego nie tak dawno powstać filmu, szkalującego polskich obrońców Westerplatte. I w podobny sposób po wojnie komunistyczna propaganda sterowana przez UB atakowała polskich patriotów przedstawiając ich z czapkami naciągniętymi na oczy lub ciemnych okularach. Marszalec woli unikać konfrontacji stawiając się po stronie tych którzy ograniczają swobodę badań historycznych, zwłaszcza nad historią najnowszą.

Miarą sukcesu jest często liczba wrogów i ich tożsamość. Cieszy mnie więc to, że do grona moich przeciwników przystępuje Muzeum II W.Ś. Jak do tej pory byli to funkcjonariusze SB, dyżurni dziennikarze z m.in. "Gazety Wyborczej", "Faktów i Mitów",
"Dziennika Bałtyckiego", nierzetelni historycy oraz ich wychowankowie, a także stronnictwa niemieckie, których serce bije dla Eriki S. Myślę, że pracownicy Muzeum II W.Ś. odnajdą się w którejś z tych grup.


Mariusz Wójtowicz-Podhorski

 

O książce: tutaj


Polecam także:podhorski.salon24.pl/334276,westerplatte-szkodnictwo-po-i-muzeum-ii-w-s

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura