Co roku w pokoju ustawiana była duża choinka, przy ubieraniu której przypadała mi tradycyjnie kierownicza rola. Nawet jeśli akurat miałam ręce pełne roboty kuchennej, to i tak co chwilę musiałam sprawdzać, czy wszystko przebiega prawidłowo. "Zobacz, czy prosto stoi" - to mąż. "Dobrze te lampki wiszą?" "Mamo, już wystarczy ozdób?" "Możemy już wieszać łańcuchy?" - to dzieci.
Tradycyjnie przy tej okazji wybuchał też spór o aniołka. Aniołek jest nieduży, wycięty z kartonu, pomalowany niewprawną dziecięcą rączką farbami plakatowymi i ozdobiony brokatem. Zrobiła go starsza córa jeszcze w przedszkolu, w wieku trzech czy czterech lat, pierwsza ozdoba choinkowa, którą wykonała zupełnie sama. Jest koślawy, kolorki ma rozmazane, ale dla mnie jest przepiękny. Córa jednak uważa inaczej i co roku próbuje mnie przekonać, że aniołek jest paskudny i należy się go pozbyć, albo przynajmniej nie wieszać na choince, bo jej jest wstyd, że coś takiego wyszło kiedyś spod jej ręki. Ja zaś upieram się, że bez niego choinka nie będzie w pełni choinką. W końcu wypracowujemy kompromis i aniołek jednak ląduje na drzewku w miejscu niezbyt rzucającym się w oczy.
W tym roku jednak wszystko przebiegło inaczej. Po pierwsze pojawił się nowy domownik.

Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że szczeniak i stojąca na podłodze duża choinka wykluczają się wzajemnie. Kupiliśmy więc małą, zrobioną z jodłowych gałązek i postawiliśmy na stole, zaś ozdobienie jej powierzyliśmy dzieciom. Nie obyło się oczywiście bez drobnych konsultacji ("Mamo, taka gwiazdka tu będzie pasować?"), ale poza tym nie wtrącałam się do niczego, nie zaglądałam nawet do nich, zawołały mnie dopiero po skończonym dziele. I wtedy okazało się, że pod gwiazdką, na samym czubku, na najbardziej widocznym miejscu, tkwi mój ulubiony aniołek.

To był najładniejszy prezent jaki otrzymałam w tym roku z okazji Świąt Bożego Narodzenia :)
Poza tym aniołki zaznaczyły swą obecność dość licznie, nie tylko na choince :)







Komentarze
Pokaż komentarze (62)