Media wieloce się ucieszyły, gdy Wielce Życzliwi nam Rosjanie udostępnili zapisy czarnych skrzynek. Zapisy? Raczej zapis. Najpierw zresztą był tylko stenogram, i to w wersji pierwszej (podczas gdypolscy prokuratorzy w Moskwie widzieli już n-tą) - a, niech się Polaczki sami pomęczą. Dzięki temu dostaliśmy pożywkę do sporów na długie letnie wieczory przy grilu, podsycane coraz tonowym przeciekiem. Tymczasem zapisy rozmów w kabinie należą do najmniej istotnych danych z rejestrowanych przez czarne skrzynki, rejestrują - it o nie w pełni, oraz nie bezbłędnie subiektywną stronę sprawy. W dodatku znacznie spłaszczoną. Gdy dociera do nas czysty stenogram, to mamy tylko 15% faktycznego komunikatu - tyle znaczenia psychologia przydaje samym słowom: wazniejsze są już takie elementy jak tembr głosu, tempo mówienie, intonacja itp. - to one nadają właściwy sens słowom. Właśnie z powodu liczby nieporozumień w komunikacji czysto werbalnej, do jakiej zmusił Internet, powstały emotikony. Tymczasem w stenogramach nie ma emotikonów, ani żadnej adnotacji o stanie emocjonalnym mówiącego - to dostaniemy w innym pakiecie.
Trzeźwo zatem zauważyli lotnicy, koledzy pilotów tupolewa:
Atmosfera pracy w ciągu ostatnich dwóch lat uległa pogorszeniu, ale bez przesady. Nie chce mi się po prostu wierzyć, żeby tak bali się konsekwencji tego, że nie wylądują. Wcześniej zdarzały się takie sytuacje, że samolot nie lądował i nie było z tym problemu - mówią byli lotnicy z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Dodają zgodnie, że nawet jeżeli któryś z pilotów powiedział, że ktoś kogoś, w przenośni, zabije, jeśli ten nie wyląduje, to tylko w ramach czarnego poczucia humoru i prywatnych żartów. - Nie należy brać tego zdania wyrwanego z kontekstu dosłownie. To zwykła zagrywka polityczna i nic więcej - mówią piloci.Ich zdaniem zastanawiające jest coś zupełnie innego. Mianowicie: dlaczego trzy miesiące po katastrofie brakuje nadal odczytów z urządzeń pokładowych tupolewa. Piloci twierdzą bowiem, że to one, a nie zapisy rozmów pilotów, mogą przynieść odpowiedź na pytanie, co się wydarzyło 10 kwietnia pod Smoleńskiem. - Warto byłoby przyjrzeć się działaniom silników, manewrom pilotów, usterzeniu - twierdzą lotnicy, zastanawiając się, dlaczego wciąż takich informacji nie ma.
Innymi słowy, ktoś nam czarne skrzynki przerobił na samowar, a my mamy sobie powróżyć z fusów.
Artykuł z Polski the Times przynosi dodatkowo wstrząsającą informację:
Jak udało się ustalić "Polsce", poprzedni tupolew, który przechodził remont w tych samych zakładach, rozbierany był na części bez dokumentacji technicznej. Inżynierowie, aby poskładać go później w całość, za każdym razem, kiedy wykonywali demontaż elementów maszyny, musieli wykonywać dokumentację takiej czynności, robiąc na przykład zdjęcia. Efekt tego był taki, że po zakończonym remoncie Tu-154 stał jeszcze przez dłuższy czas w hangarze, bo czekano, aż wykonawca remontu usunie wszystkie zgłoszone usterki. - Możliwe, że teraz zwyczajnie chcą uniknąć podobnej sytuacji i stąd wysłanie komisji do Samary - mówi nasz informator. I dodaje: - To prymitywny serwisant i prymitywny samolot, więc żadnych cudów nie można się było spodziewać.
Jak sie okazuje, nieszczelność środowisk badających po stronie polskiej katastrofę, poza tym, że służy oczywistym zagrywkom politycznym (jak ostatni przeciek "bo mnie zabiją") daje szanse, że czegoś się jednak dowiemy. Oficjalnie dowiemy się tylko tyle, ile będzie w interesie zwierzchników (jak to zaprezentował "raport" MAK), ale wierzę, że wśród osób mających okazję przyglądać się sprawie z bliska znajdzie się wystarczająco wielu takich, którym na wyjaśnieniu sprawy będzie zależeć i przy zmianie rządów prawda wypłynie.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)