Do wczoraj wydawało mi się, iż pułapka z krzyżem była mistrzowskim zagraniem ze strony prezydenta mającym na celu wepchnięcie Kaczyńskiego na pozycje skrajnie klerykalne. Wiadomo, że większość społeczeństwa o tyle jest katolicka, co podskórnie antyklerykalna: szanuje księży, ale w sprawach ściśle księżowskich, natomiast bardzo umiarkowanie trawią mieszanie porządków kościelnych z politycznymi, stąd Kaczyński właściwie musiał na tym krzyżu stracić. Z punktu widzenia PO podtrzymywanie tej żenującej licytacji na polakokatolickość i wiązanie PiSu w świadomości społecznej z najskrajniejszymi środowiskami tego typu, była jak najbardziej na rękę. Gdy przeczytałem wywiad Prezesa dla portalu pis.org, gdzie dała się zauważyć eskalacja oczekiwań (już nie tylko tablica czy obelisk, ale pomnik), stwierdziłem, że trzeba będzie dać sobie na jakiś czas spokój i zająć się innymi sprawami niż śledzemiem naszej jatki politycznej.
Sprawa wydawała się przegrana dla PiSu, gdyby nie pomocna dłoń... prezydenta. Oto ukazała się jego wielkość, czy raczej wielkość jego nieadekwatności na to stanowisko. Żenująca "uroczystość" odsłonięcia tablicy, którą ktoś, w konsulatacji z kimś, jakoś przyrządził i jakoś tam zawiesił sprawiła, że nawet wrogowie PiSu nie ukrywają swego zażenowania (właśnie w TVN24 widziałem wielkie oczy prowadzącego redaktora, który miał czelność wyobrażać sobie wobec urzędnika kancelarii, iż prezydent weźmie udział w odsłonięciu tablicy na swym pałacu, czemu wtórował oburzony Frasyniuk porównujący tablicę z napisem w publicznym szalecie).
Trudne zadanie czeka nastawionych propaństwowo obywateli - trzeba będzie (jakoś) szanować takiego prezydenta! Nie wiem, na ile on sam był zaangażowany w szczegóły "przedsięwzięcia", raczej wygląda mi to na szybką akcję urzędniczyny, który wybiegł zrugany z gabinetu (dywaniku) swego przełożonego słysząc, iż sprawę tę trzeba jakoś załatwić, jak najszybciej i w porozumieniu z kolegami z sąsiednich gabinetów nocką wykoncypowali takie rozwiązanie). Z drugiej strony to tak bardzo pasuje do tej ekipy! Dogadać się z kimś, byle nie z narodem, nawet niechby i z Kościołem czy harcerzami, byle nie musieć rozmawiać z watahą czy pospulstwem. Skojarzenie z okrągłym stołem nasuwa się samo.
Zgoda buduje. A jakze.


Komentarze
Pokaż komentarze