Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem list, jaki Jarosław Kaczyński skierował do człnków swej partii. Zainteresowaniem i przyjemnością. A, dodam jeszcze, satysfakcją. Jego diagnoza pokrywa się wszak z moimi ostatnimi dwoma notkami, choć jest oczywiście bardziej doprawcowana. Nie jestem pewien, czy prezes ma rację przypisując Migalskiemu koniecznie złą wolę, moim zdaniem alternatywa (czyli brak kompetencji, amok, polityczne nieopierzenie) jest równie prawdopodobna i chyba lepiej by ją podnieść. Samego zainteresowanego zabolałoby bardziej, a i media nie mogłyby się czepieć teorii spiskowych. Ale zarówno ocena ostatniej kampanii i krytyka jej ocen według utartych, ale nie opartych na zadnych powaznych przesłankach tezach jest w pełni zgodna z moim przeczuciem. Nie udodowniono, że J.K. "prawie wygrał" dzięki kampanii "liberałów" a nie pomimo niej. Sądzę, że Migalski, który tak domagał się dyskusji, powinien odpowiedzieć teraz nie jakimś wpisem na blogu, ale poważnym artykułem naukowym, w którym by obronił, w końcu również swoją, rolę w tym ograniczonym sukcesie. Panie Migalski: hic Rhodus, hic salta!
Kaczyński należy do naprawdę nielicznego grona polityków, których czytanie przez socjologów może być inspirujące. Gdyby zajął się nauką, sądzę, że jego książki zdały by test Lema, czyli byłyby czytane po 30 latach od jego śmierci.
Z jednym się zgodzić nie mogę, i to zarówno jako socjolog jak i jako poganin. Chodzi o fragment ostatniego akapitu listu:
"[ludzie] biorący się za zniszczenie tego, co stanowi jedyna moralną podstawę funkcjonowania naszego społeczeństwa, czyli religii katolickiej. Chodzi przy tym nie o kwestie wiary lub niewiary, tylko o świadomość, że to niszczenie jest jednoznaczne z otwieraniem drogi dla nihilizmu, który swoją twarz pokazuje, atakując w odrażający sposób krzyż i jego obrońców. W Polsce nie ma bowiem żadnego szerzej znanego systemu moralnego niż ten wyrastający z katolicyzmu. Dlatego jedyna realną dlań alternatywą jest nihilizm."
1. Co jest przyczyną co skutkiem: czy ludzie stają się nihilistami wskutek braku religii, czy odrzucają religię gdyż są nihilistami? Innymi słowy, należałoby udowodnić, iż religia posiada faktycznie realny wpływ w kierunku implantowania konkretnych wartości moralnych. Teza ta była swego czasu lansowana w socjologii, ale moim zdaniem bez podstaw w konkretnych badaniach. Moim zdaniem religia może co najwyżej wzmacniać pewne postawy moralne. Ale tu druga kwestia
2. Czy katolicyzm w Polsce roku 2010 faktycznie taką funkcję pełni? Po pierwsze, badania socjologiczne, i to od kilkudziesięciu lat, jeszcze z czasów komunizmu, pokazują, że większość społeczeństwa w ogóle nie kieruje się w wyborach moralnych nauczaniem Kościoła. Po drugie, moim zdaniem jesteśmy świadkiem stopniowej kompromitacji Kościoła w jego wymiarze moralnym. Ukazują to nie tylko skandale Wielgusa, Paetza, i wiele wiele poniejszych (głównie w kwestiach seksualności, lustracji, ale też mniej nagłaśniane kwestie ekonomiczne). W skandalach tych bowiem nie chodzi o to, że ktoś tam kiedyś zgrzeszył. Chodzi o sposób działania instytucji jako takiej, o to, że grzechy te były systematycznie tuszowane, że reprezentanci Kościoła szli w zaparte wbrew prawdzie. Kościół, zwłaszcza jego "głowa" (od której ponoć psuje się ryba) jest instytucją kierującą się łasnym interesem. W pewnych przypadkach dobro ogóle bywa z nim zgodne, ale gdy okazuje się sprzeczne, Kościół własnego interesu nigdy nie poświęci. Nie chcę tego wątku bardziej rozwijać, gdyż ten blog nie ma być poświęcony religii, jednak jest to sprawa, ze względu na którą wdającej się przewidzieć przyszłości, nie wstąpię do PiSu i głosować na niego będę ze ściśniętym sercem.
3. Czy religia rzeczywiście decyduje o moralności? Czy osoby, którym Bóg nie podyktował przykazania "nie zabijaj" zabijają się? Podobnie z innymi przykazaniami? Religia starożytnego Rzymu nie kładła takiego nacisku na etykę, a mimo to, jak pokazują współczesne badania historyków moralność przeciętnych pogan nie różniła się zasadniczo od moralności przeciętnych chrześcijan. Były oczywiście pewne różnice (np. rozgłaszana przez propagandę chrześcijańską demoralizacja faktycznie miała miejsce... w najwyższym 0,1% ludnosci, inne było zdefiniowanie pewnych norm), ale starożytnym poganom pojęcia uczciwości, sumienności, wierności, lojalności, prawdomówności, odwagi etc. nie były obce, nawet jeśli religia się tym nie zajmowała. Podstawy moralności są bowiem znacznie głębsze, społeczeństwo nie może sobie pozwolić, by tak istotny system normatywny oprzeć na tak chwiejnych (bo nadprzyrodzonych) podstawach jakimi są dogmaty religijne.
Innymi słowy - obrona religii, nie zawasze jest obroną moralności. Obrona zasad nie zawsze musi być oparta na religii.
Podsumowując: Kaczyński jest pewnie lepszym socjologiem polityki niż ja, jednak jego socjologia religii jest - moim skromnym zdaniem - nieco anachroniczna.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)