Znów zapewne zbulwersujemy Europę... Może nawet już zbulwersowaliśmy, nie wiem, bo opinia Europy interesuje mnie średnio; w każdym razie bulwersujący temat jest dość ważki, nie tylko ze względu na meritum. Powiedziałbym, że znacznie ważniejsze są jego ewentualne dalsze konsekwencje.
Chodzi mi oczywiście o "dzień sprzeciwu wobec kary śmierci" (jakkolwiek to zwą), którym bawi się aktualnie Komisja Europejska. Nie będę tutaj budował skomplikowanych porównań dotyczących wyrazu twarzy, który przybrałaby antropomorficzna personifikacja (że zapożyczę od Pratchetta) KE- niewątpliwie byłaby to mina rozanielona, z czasem przechodząca w grymas ekstazy. Niestety, ekstazy spowodowanej działaniem własnym, co jednak, jak pokazuje doświadczenie, Komisji nie zraża. W każdym razie personifikacja KE działającej mogłaby zbulwersować co skromniejszych, poniecham zatem.
Miłościwie nam panująca Komisja nie słyszała nigdy o tzw. "brzytwie Ockhama" i pracuje (zapewne ciężko) nad tym, byśmy my- bądź co bądź, Europejczycy- obchodzili nie "międzynarodowy" ale "europejski" dzień sprzeciwu wobec kary śmierci. Niema różnicy? Bynajmniej. Różnica jest zasadnicza- przymiotnik "międzynarodowy" mógłby przecież zasugerować, że w UE ktoś odwołuje się do przestarzałego pojęcia "narodu", co na kilometr pachnie faszyzmem.
Że sobie jaja robię? W życiu. Po prostu nie widzę innego logicznego powodu takiego działania KE. To znaczy- widzę, ale gdybym napisał, że komisarze gnuśnieją z nudów i głupie pomysły im do pustych łbów przychodzą kiedy tylko usiłują wykazać, że "ciężko pracują", niechybnie zostałbym oskarżony o złą wolę.
Komisja dokonała zatem bohaterskiego przelania ze szklanki do kubka i już, już zamierzała ogłosić doniosły ten fakt, kiedy źli Polacy stwierdzili, że takie przelewanie nie ma sensu, a jeszcze trochę się wylało, bo w całej Unii karę śmierci już zniesiono, więc jaki sens ma zmiana nazwy z "międzynarodowy"na "europejski"? Działanie zbędne.
Tym samym Polacy dali dowód całkowitego braku orientacji w panujących w UE stosunkach. Wszyscy przecież wiedzą, że cyrkulacja pomiędzy szklanką i kubkiem (tudzież, zważywszy na jakie pomysły wpadają europejscy notable, kieliszkiem) stanowi istotę pracy wszystkich euroinstytucji. Być może naszych zaślepiło doprowadzenie takiego trybu pracy do perfekcji przez Parlament Europejski, który nawet ludzi przelewa pomiędzy swoimi siedzibami, z typowym zresztą skutkiem. A nie, przepraszam, europosłowie raczej rzadko giną w czasie takiej operacji, czyli nic się nie wylewa.
Wyjaśniam zatem naszej niezbyt bystrej dyplomacji- Komisja Europejska nie jest wyjątkiem i zajmuje się głównie tzw. ekskremalną filozofią, którą brutalniej można scharakteryzować zwrotem "zrobił kupę i podziwia". Niektórzy, tak jak Komisarze, mogą się nawet narkotyzować, co widać po tym, że się uzależniają.
Oczywiście płacą za to podatnicy, ale to tak banalne stwierdzenie, że jego wypowiadanie jest co najmniej niestosowne.
Skończy się więc podobnie, jak w przypadku walki między "podwójną większością" a "Niceą"- Polacy co prawda proponują odwołanie się do rozsądku, ale cała Unia święcie wierzy, że rozsądek to tam, gdzie liczniej krzyczą, ergo: Polacy na pewno chcą jątrzyć, burzyć itd. Cóż, nec Herkules contra plures, a jakby nie spojrzeć, nawet tym Herkulesem jakoś nie jesteśmy. Szkoda, że po raz kolejny racjonalizm przegrywa z ideologią- tyle, że jakoś mnie to nie dziwi.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)