Prawo i Sprawiedliwość zainaugurowało kampanię wyborczą konwencją w Poznaniu. Głównym jej elementem było oczywiście przemówienie premiera Kaczyńskiego, najważniejszą płynącą z konwencji informacją- zapewne start Zyty Gilowskiej z wielkopolskiej listy PiS. Z listy PiS startować będzie także inny minister rządu Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniew Religa- ten akurat fakt niezbyt tyczy konwencji, wart jest wspomnienia o tyle, że zarówno Gilowska, jak Religa są „twarzami polityki PiS” w pewnych wyspecjalizowanych sektorach (w tym akurat wypadku- ochrona zdrowia i finanse), co daje partii rządzącej zdecydowaną przewagę nad Platformą Obywatelską, która takich reprezentantów, jak dotąd przynajmniej, nie ma. Trudno sobie też wyobrazić, by w ciągu kilku pozostałych do wyborów tygodni zdołała wiele w tej materii nadrobić.
Jarosław Kaczyński przynajmniej od czasu swego expose znany jest ze znacznego, jak na nasze czasy, talentu oratorskiego- dzisiejsze przemówienie nie odbiegało zbytnio od tego, do czego premier nas przyzwyczaił. Przynajmniej pod względem formy, bo treść była, mimo wszystko, dość rewolucyjna. Po raz pierwszy bowiem premier jasno powiedział, że na koalicję PiS-PO po wyborach nie ma co liczyć. Więcej- nie ma co liczyć na żadną koalicję, w której uczestniczyć będzie PiS. Premier nie powiedział tego wprost- przynajmniej niezupełnie wprost. Powiedział jednak, że w tej chwili mamy sytuację, w której wszystkie inne stronnictwa są przeciw PiS i żadne z nich nie przejawia woli budowy silnego państwa, które musi być podstawowym celem naszej polityki. To odważna deklaracja, która z jednej strony może przynieść PiS stratę, może jednak bardzo poważnie zaprocentować.
Podstawową stratą jest oczywiście odcięcie PiS możliwości koalicyjnych w przyszłym rządzie. Niezależnie od wyniku wyborczego wątpliwe jest, by Kaczyński po takiej deklaracji dążył do jakiejś koalicji, z drugiej zaś strony- nie spodziewałbym się ze strony innych ugrupowań entuzjastycznego podejścia do mariażu z PiS. Oczywiście, w polityce wszystko jest możliwe- jednak koalicja z udziałem PiS jest tak mało prawdopodobna, jak mało prawdopodobna być może. Już na początku kampanii wyborczej mamy do czynienia z sytuacją, w której główny faworyt bardzo ogranicza sobie pole manewru. W polityce ograniczone pole manewru to zwykle poważny problem, może jednak pozwolić na skupienie sił i zintensyfikowanie działań w pewnym sektorze. Oczywiście taka taktyka jest bardzo ryzykowna- w przypadku PiS głównie dlatego, że partia ta deklaruje rezygnację z półśrodków i kompromisów.
Zanim rozważę zyski (które zresztą są do przewidzenia dość łatwe) zwrócę jeszcze uwagę na pewne fragmenty przemówienia premiera. Po pierwsze, Jarosław Kaczyński odwołał się w swojej mowie do postaci Piłsudskiego, Dmowskiego i Witosa. To dość ważne- jak wiadomo, dla braci Kaczyńskich politycznym wzorem jest Piłsudski. Powołanie się na Dmowskiego to gest symboliczny, mający na celu zjednanie środowisk prawicowych nieprzychylnych Kaczyńskiemu właśnie ze względu na jego przywiązanie do tradycji sanacji. Gest mający przekonać do PiS wyborców LPR, PR czy UPR i utwierdzić tych wyborców PiS, którzy poparli tą partię wcześniej i zachodzi niebezpieczeństwo ich odpływu w stronę macierzystych formacji. Nie są to niby wielkie liczby, jednak- jak pokazuje przeszłość, szczególnie wybory z roku 2001- liczyć się mogą drobne procenty. Wspomnienie Witosa jest oczywiście ukłonem w stronę elektoratu wiejskiego, który dał PiS zwycięstwo poprzednich wyborach.
W dalszej części wystąpienia premier podkreślił te odwołania- co prawda gęsto padało słowo „państwo”, jednak zostało poparte „narodem” w sposób bezdyskusyjnie uznający naród za niezwykle ważny podmiot. Silne Państwo budowane jest dla dobra Narodu, a Naród Polski musi czuć się w nim gospodarzem. Niedopuszczalna jest dyskryminacja, obrażanie ludzi stanowiących w Państwie większość- Polaków i katolików (chrześcijan). I po to między innymi dążymy do silnego państwa, by takiej dyskryminacji zapobiegać. Przemówienie premiera było więc próbą- i to próbą udaną- pogodzenia elektoratów dwóch nurtów polskiej prawicy.
Przypomnienie dziejów Państwa polskiego i wspomnienie roli elit- prawdziwych, nie „elit finansowych” czy „elit politycznych” z którymi ostatnio kojarzy się to słowo- to także pokazanie, że ludzie, którym zależy na Polsce nie muszą dzielić się na różne, czasem zwalczające się stronnictwa.
Wracam, po tej przydługiej dygresji, do korzyści, jakie PiS może osiągnąć z takiego postawienia sprawy. Otóż, jak łatwo zauważyć, Jarosław Kaczyński postawił sobie ambitny cel- samodzielne rządy po wyborach. Przemówienie- ostre wobec przeciwników politycznych- nie pozostawiało wrażenia, że premier równie ostro krytykuje wyborców i dzieli pod tym względem Polaków. Wręcz przeciwnie- było zaproszeniem nie tyle do samego głosowania, co do... współpracy, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Przypomnieniem, że siła Państwa leży w interesie wszystkich Polaków i sugestią, że tylko PiS jest w stanie o tą siłę walczyć (oczywiście, z sugestią można dyskutować- ja tylko opisuję wydarzenie, jakim była przemowa; nawiasem mówiąc, zgadzam się, że wśród partii mających szanse na wejście do Sejmu tylko PiS posiada ludzi wystarczająco uczciwych, by próby wzmacniania państwa mogły im się udać).
PiS gra zatem o wysoką stawkę- samodzielne rządy. Na szali stawia rządy w ogóle- nawet jako zwycięska partia nie ma praktycznie szans na utworzenie rządu koalicyjnego. Ponieważ małe są szanse, by PiS wyborów nie wygrało- jest to ryzyko spore, bo szanse na możliwość samodzielnego rządzenia mimo wszystko też nie są wielkie. Najprawdopodobniej będziemy mieli więc do czynienia z sytuacją, w której PiS wygra, ale nie jest w stanie utworzyć rządu. Implikacje takiego obrotu spraw to obszerny temat na kolejną rozprawkę.
Tak przedstawia się sprawa z punktu widzenia samego tylko dążenia do władzy. Spójrzmy jednak z pozycji premiera. Dwa lata rządów w koalicji ze słabymi partnerami pokazały mu, że trudno w ten sposób realizować własny program. Koalicja z PO, czyli partnerem od przystawek silniejszym i posiadającym własne spojrzenie na politykę, ograniczałaby możliwości PiS jeszcze bardziej. Dlaczego więc nie zagrać va banque? Strata- to niemożność przejęcia częściowej władzy w państwie, zysk- to władza samodzielna. Co prawda szanse na zysk są niewielkie, ale strata niezbyt dotkliwa, tym bardziej, że w takim wypadku inne partie- szczególnie PO- także znajdą się w trudnej sytuacji (kompromitująca koalicja z LiD? Rząd mniejszościowy? Kolejne wybory?).
Premier gra więc na całkowitą realizację własnych założeń. Czas pokaże, jakie ma szanse. W każdym razie PO jest w sytuacji znacznie gorszej- urządzają ją tylko samodzielne rządy (na które ma tylko iluzoryczne szanse), każdy inny scenariusz jest zły. Problem tej partii polega na tym, że jej notable nie są w stanie zagrać o wszystko, nie umieją palić mostów i skupiać się na poszczególnych scenariuszach. Do końca chcą trzymać wszystkie sroki za ogon.
Jarosław Kaczyński dostrzegł jedyną możliwość zmiany sceny politycznej. Mało prawdopodobną, ale jak sam przypomniał- równie mało prawdopodobne wydawało się zwycięstwo PiS w 2005 roku. Nie poszedł w półśrodki, byle utrzymać się przy władzy. Zaryzykował. Czy jego plan się powiedzie, zobaczymy 21 października. Zaryzykuję jednak twierdzenie, że nawet jeśli 21 października PiS nie zdobędzie większości mandatów, na kolejną możliwość realizacji tego założenia nie trzeba będzie zbyt długo czekać.
Chyba, że więzy pomiędzy PO i LiD (nie tyle ideologiczne, co finansowe) są silniejsze, niż się wydaje. Wtedy PO wystarcza większość z LiD.
Z punktu widzenia PiS tylko wzmaga to konieczność objęcia samodzielnych rządów.


Komentarze
Pokaż komentarze (27)