Nie oglądałem debaty Kwaśniewski-Tusk. Po dwóch poprzednich- kiedy sondażownie zgodnie uznały klęski Kaczyńskiego doszedłem do wniosku, że ciekawsze od samej debaty będzie przyjrzenie się komentarzom po niej. Nie mogę z braku porównania ocenić czy się myliłem- w każdym jednak razie komentarze są niezwykle interesujące.
W dwóch poprzednich debatach sytuacja była jasna- wiadomo, kto przegrywa, trzeba tylko dorobić mniej lub bardziej zgrabne uzasadnienia. Tym razem zadanie jest trudniejsze- trzeba ogłosić remis w taki sposób, by nie sugerować zbyt intensywnie, że po wyborach będziemy mieli PO-LiD. O ile, oczywiście, wynik elekcji na to pozwoli.
Kwaśniewski i Tusk wiedzą, że są na siebie skazani. PO-LiD jest dla byłego prezydenta i jego środowiska jedyną możliwością powrotu do realnej polityki. Dla Tuska- jedyną możliwością sprawowania realnej, niezbyt ograniczonej silnym koalicjantem władzy. Obaj boją się reformy państwa- ich środowiska, od KLD do PZPR, trwają dzięki beneficjentom sterowanego "wolnego rynku"- kiedy uprzywilejowanie tych osób się skończy, możemy mieć do czynienia ze znacznymi zmianami na scenie politycznej. Zmianami bardzo dla PO i LiD niekorzystnymi.
Prawdopodobieństwo PO-LiDu wydaje się znacznie większe, gdy przeanalizujemy reakcje, jakie taki scenariusz wzbudza wśród polityków. Sugestia koalicji z postkomuną wzbudza silny sprzeciw wśród polityków PO- za tym sprzeciwem nie idą jednak żadne wiążące deklaracje. Powody takiego zachowania są jasne- najkrócej można określić je stwierdzeniem "sieroty po POPiSie". Wśród polityków LiD reakcje są znacznie spokojniejsze- ich elektorat opiera się głównie o tzw. "beton", a głównym kierunkiem zdobywania dodatkowych głosów jest pogranicze z PO- zatem koalicja PO-LiD niewiele wynikowi komuny zaszkodzi.
Dla Prawa i Sprawiedliwości nie tylko rozpuszczanie pogłosek o PO-LiD jest wyjątkowo korzystne. Same pogłoski oczywiście przeciągają na stronę PiS wspomniane wyżej "sierotki" i nieznacznie osłabiają Platformę z lewej strony. Stwarza to szansę na samodzielne rządy, ale szansa ta jest na tyle niewielka, że nie może być powodem takich działań.
Prawdziwą przyczyną jest coś, co mało kto dostrzega, a co od tygodni determinuje naszą scenę polityczną. Zauważmy bowiem, że niezależnie od wyniku, wybory wygra PiS (zapewne nawet partia ta zdobędzie najwięcej głosów, ale nie o to chodzi). Koalicja PO-LiD, o ile nie będzie miała większości pozwalającej na odrzucenie prezydenckiego veta, będzie może nie tryumfem, ale na pewno sporym sukcesem partii rządzącej. Jarosław Kaczyński o tym wie- nie wejdzie w koalicję z Platformą, bo taka koalicja nic mu nie daje.
Rozważmy, jakie możliwości ma premier. Koalicja PO-LiD to ostateczna klęska postsolidarnościowego etosu w PO. Jakby nie patrzeć, SLD- jako bezpośredni spadkobierca PZPR- jest pod względem ideowym znacznie gorszym partnerem od Samoobrony, składającej się z dość drobnych, choć irytujących figurek. Postkomuna to prawdziwe grube ryby. Jeśli dodać do tego naturalną u postkomunistów (i coraz częstszą w PO) skłonność do przekrętów, kolesiostwa i traktowania państwa w kategoriach dojnej krowy, wynik kolejnych wyborów wydaje się oczywisty.
Drugą możliwością jest koalicja PiS z rozbitą Platformą. Konszachty z LiD niewątpliwie nie sprzyjają spójności tej partii- mimo wszystko w PO wciąż są uczciwi ludzie. Niewykluczone, że mając możliwość rządowej współpracy z PiS, nie zdecydują się na prostytucję z postkomuną. Co prawda Tusk obsadził listy swoimi ludźmi, trudno jednak przypuszczać, by jego kandydaci stanowili monolit.
Mniej prawdopodobne scenariusze to samodzielne rządy PiS oraz koalicja PiS-LPR-UPR-PR (o ile egzotyczna koalicja socjalistyczno-konserwatywno-liberalna przekroczy 5%). Oba te scenariusze wyjątkowo dla PiS korzystne- Giertych, jeśli wejdzie do Sejmu, nie będzie podskakiwał po wyborach- jest chyba wystarczająco bystry, by zauważyć, że ugrał już wszystko, co miał do ugrania na krytyce ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego.
Nie oglądałem więc debaty nie tylko z powodów, jakie podałem na początku. Przede wszystkim odstręczył mnie od niej jej spodziewany charakter- charakter rozmów koalicyjnych. Z komentarzy, z którymi się zapoznałem, wynika że miałem rację- Tusk i Kwaśniewski atakowali się, ale tak, żeby się przypadkiem zbytnio nie poharatać. Wymienili swoje poglądy na kilka spraw, wstępnie określając zakres negocjacji, pogadali- resztę dotrze się po elekcji, kiedy już wyborcy nie będą mogli zareagować.
Nie wiem dlaczego, ale mam nadzieję, że premier, po niezbyt udanym (choć tylko wizerunkowo) piątku, miał szampański poniedziałek. Kampania wyborcza wróciła na wytyczone przez niego tory.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)