Media rosyjskie nazwały Donalda Tuska "naszym człowiekiem w Warszawie". Określenie, choć dla pewnych osób niewątpliwie nobilitujące (służalczość, czy to wobec Rosji, czy WE, ciągle u nas w cenie) jest też dość kłopotliwe. Dla zatuszowania powstałego wrażenia i uwypuklenia pożądanej wymowy sformułowania Tusk, w rewanżu, nazwał Władimira Putina "naszym człowiekiem w Moskwie".
Takie postawienie sprawy, niezależnie od kontekstu, jest dla każdego przyzwoitego Polaka obraźliwe. Władimir Putin jest człowiekiem odpowiedzialnym za śmierć i cierpienia tysięcy ludzi w Czeczenii, funkcjonariuszem KGB- czyli aparatczykiem zbrodniczego ustroju, w końcu- główną postacią tegoż ustroju mutacji. O gwałceniu podstawowych wolności w samej Rosji szczegółowo wspominać nie trzeba.
Otóż być może Donald Tusk poczuwa się do jakiejś wspólnoty z Putinem. Nie ma znaczenia, czy jest to uznanie, że właściciel Rosji to wybitny mąż stanu, czy tylko sugestia, że Putin może być uznany za osobę Polakom sprzyjającą. Jakie Tusk ma zdanie o Putinie, jest już jego sprawą; sympatyzowanie ze zbrodniarzem karalne nie jest. W każdym jednak przypadku Putin nie może być przez Polskę uznawany za przyjaciela, bowiem taki stosunek wiąże się automatycznie z usprawiedliwieniem jego zbrodni i machlojek, gierek prowadzonych w znacznej części przeciw nam.
Rosja Putina to dość silne państwo, o bardzo dużym znaczeniu gospodarczym. Nie możemy Rosji nie uznawać- nie wolno jednak pokazywać, że panujące tam stosunki przyjmujemy za normalne. Donald Tusk zaprezentował nam w całej rozciągłości swoją służalczą naturę- odwiedzając Rosję przed wizytą w Ukrainie, a przede wszystkim uznając Putina za "naszego człowieka", nawet, jeśli znaczyło to tylko tyle, że dobre stosunki ze zbrodniarzem są możliwe.
Nie są. Przynajmniej dla przyzwoitych ludzi.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)