Drogi Lorenzo, ponieważ mnie zaelitowałeś, co mi sprawiło wielką przyjemność, zanim spadną gromy na biedną mą głowę (mamusiu, ja wcale nie chciałam!), podzielę się szybko istotą swojej eliciej wiedzy.
Otóż od jakiegoś czasu mam jasność jaka jest najważniejsza rzecz, którą może zrobić w salonie grupa, której prace antycypujesz, że się tak nieładnie wyrażę.
Miałaby w zasadzie jedno zadanie: wypromować wcale nie nową ale jak dotąd nieużywaną w kraju nad Wisłą metodę rozwiązywania problemów, które określamy jako problemy społeczne czy problemy państwa.
Metodę, która nauczyłaby nas wreszcie akceptować niezwykle zróżnicowaną rzeczywistość, w której wciąż muszą walczyć o swoje miejsce sprzeczne ze sobą pomysły.
Metodę, której aksjomatem byłoby nie pomijanie i nie marginalizowanie jakiejkolwiek opcji.
W każdej z dziedzin o których wspominasz ( np. polityki podatkowej, służby cywilnej, edukacji, służby zdrowia, podejścia do kultury czy historii ) a tez zabierając się za rozwiązanie każdego dowolnego problemu trzeba by:
1. Najpierw oczyścić pole i zebrać wszystkie dotychczas się pojawiające rozwiązania, propozycje rozwiązań, postulaty, pomysły publicystyczne.
2. Żadnego z ww. nie pomijając, uszeregować je, uwzględniając stopień skrajności (od skrajności po jednej stronie, do skrajności po drugiej)
3. Popatrzeć na to, co „leży na stole” i głęboko odetchnąć.
Następnie należało by
4. przemyśleć a też przekonsultować i jak najprecyzyjniej nazwać potrzeby jakie stoją za każdym z tych rozwiązań, pomysłów, postulatów.
5. Zebrać w jednym ciemnym pokoju autorów czy przedstawicieli ww. i zachęcić ich dobrym słowem lub zmusić przy pomocy narzędzi różnorodnych (od przekupstwa do ostrego lania) do tego, żeby tak długo siedzieli aż znajdą rozwiązanie w największym stopniu satysfakcjonujące wszystkich.
Albo tez
5a. Z braku pod ręką ww. autorów czy przedstawicieli – wczuć się w ich role i dalej postępować jak w p. 5
Mikro-przykład z dzisiejszego dnia, z dyskusji pod tekstem Janka Pospieszalskiego.
W którymś momencie Andrzej Zbierzchowski zezłościł się na pomysł znoszenia kary śmierci (klasyczna kwestia w której zwolennicy róznych opcji musza wciąż walczyc o miejsce dla swojej opcji) i napisał:
„OK. Zróbmy tak: Niech pobyt morderców w więzieniu finansują ich rodziny a także użyteczni humanitarni idioci. Wtedy kary śmierci będzie mogło nie być.”
Na co ja napisałam:
„Gdyby potraktować serio to, co napisałeś - jak sądzę - nieco ironicznie, to mielibyśmy konstruktywną próbę rozwiązania spornej kwestii w społeczeństwie wielu sprzecznych racji, o jaką mnie by chodziło. Zamiast się w nieskończoność przerzucać argumentami za i przeciw, byłoby to rozwiązanie, które próbuje usatysfakcjonować obie strony sporu. Ja - na przykład - chętnie bym zagrała role humanitarnego idioty i zgodziłabym się składać na utrzymanie mordercy w wiezieniu. Podobnych do mnie byłoby zapewne wielu. Ci, którzy nie chcą, nie byliby do tego zmuszani. Dla mnie o to chodzi w demokracji.
http://janpospieszalski.salon24.pl/index.html
Powiesiłam ten tekst jako komentarz pod Twoim postem ale wklejakm go tez u siebie, jako nowa notke, bo może łatwiej bedzie do niego wracac, gdyby ktos chciał.
Pozdrowienia



Komentarze
Pokaż komentarze (3)