Na deser po obiedzie postanowiłam przeczytać nowy wpis Pana rzecznika zusu.
Za trudne.
Pomyślałam: może poprzedni wpis jakiś łatwiejszy? No i dowiedziałam się z niego, że ci, co pracują w zusie to nie są urzędnicy, tylko nam, maluczkim tak się wydaje. I jeszcze: że ci, co nie są urzędnikami jeżdżą na wycieczki do Tunezji, nie z żadnych tam pieniędzy podatnika - jak to mylnie podają brukowe gazety - tylko z funduszu socjalnego, który mają prawny obowiązek tworzyć i pod groźbą kary muszą go wydać na swoje przyjemności.
Pan rzecznik zapewne skończył różne porządne szkoły. I pisze to serio. Jego szefowie pewnie go cenią i dają premie. A mnie tak przymuliło, że aż przysnęłam. W końcu było tuż po obiedzie.
Śniło mi się, ze zwariowałam.
Szybko się obudziłam. I poleciałam czytać kolejne wpisy Pana rzecznika.
Muszę się dostosować do tej nowej rzeczywistości, bo najwyraźniej nic nie rozumiem ze świata. Nawet mój komputer jest mądrzejszy ode mnie i uparcie mi podkreśla zus. Mam pisać dużymi literami, zapewne. Z uszanowaniem. Ale kiedyś, kiedyś, w półotwartym liście do Michała Boni obiecałam sobie, że będę pisać z małej.
Jestem wierna.
Idę.
Nowa rzeczywistość na mnie czeka.
p.s. No nie. Przymuliło mnie tak, ze w końcu mi sie wpisy pomyliły. Rewelacje były jednak we wpisie biezacym. Ajajaj. Co za moc.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)